29.10.2022, 01:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2023, 21:20 przez Eunice Malfoy.)
Gdy tylko Brenna się zgodziła, Eunice posłała kobiecie wręcz promienny uśmiech. Doskonała gra aktorska czy rzeczywiście zgoda tak ucieszyła tę młodą dziewczynę? Trudno powiedzieć, jaka była prawda, lecz jej pochodzenie z całą pewnością podsuwało konkretną odpowiedź. Inna sprawa, czy w istocie prawdziwą, niemniej trudno też zaprzeczyć, iż maskarada bywała wszystkim, a cały świat - wielkim amfiteatrem.
- A tak, pamiętam – przytaknęła, zapadając się głębiej w fotelu. Założyła nogę na nogę, upiła niewielki łyk herbaty z filiżanki – też wyglądała na chińską porcelanę, co sugerował rodzaj roślinnych zdobień. Natomiast szklanka Brenny nie była po prostu szklanką – lecz kryształowym naczyniem, z subtelnym zdobieniem – Doskonała organizacja, muszę przyznać, więc tym bardziej taka inicjatywa zasługuje na wsparcie – wyrzekła, wydawałoby się, absolutnie szczerze. Nie odwróciła głowy, dobrze wiedząc, co miała w kierunku wskazanym przez gościa, zwłaszcza że nieszczególnie pragnęła patrzeć na rzeczony przedmiot.
Wazę.
A niech się nią Daphne udławi.
Z drugiej strony… to była swego rodzaju okazja. Raz, że w ten sposób mogła dopiec. Dwa - zdecydowanie nieszczęsny prezent ślubny przestałby razić oczy Eunice. Trzy - argument o jakże szczytnych celach charytatywnych nie raz i nie dwa okazywał się być doskonałym w zamykaniu cudzych ust, które próbowały wyrazić niezadowolenie…
- Och, nie widziałam go wprawdzie, ale myślę, że znacznie lepiej będzie się prezentował bez towarzystwa wazy. Wiesz, mogłaby przytłumić jego urok... – stwierdziła lekkim tonem, jakby zupełnie nic nie kryło się za jej słowami. Jakby wcale bez mrugnięcia okiem nie pozbywała się prezentu od znienawidzonej teściowej. I bynajmniej nie miała zamiaru się do tego przyznawać. Bo i po co? – Więc może po prostu zawczasu zrobię na niego lub na coś innego miejsce? Jak myślisz, ta waza byłaby dobra na licytację? Wydaje mi się, że powinna osiągnąć dobrą cenę, jednakże nie jestem pewna, czy to jest coś, co uważasz za odpowiednie? – spytała, poniekąd dając też do zrozumienia, między wierszami, że zapewne na tym balu się pojawi. W końcu jakoś trzeba wypełnić pustkę po wazie, czyż nie? Jakoś nie wypadało, nie pasowało, żeby po niej pozostała niemalże namacalna, ziejąca dziura. Tak, w dużej mierze to też kwestia przyzwyczajenia, że “coś tu stało”, jednakże… sam wystrój pomieszczenia też w jakiejś części w tej chwili najzwyczajniej w świecie po prostu miał stracić. Zaś równowaga musiała być zachowana.
I oczywiście należało pokazać się w towarzystwie, wymienić plotki, nadstawić ucha; przypomnieć niektórym o potędze rodu. Ale to coś, o czym się nie mówiło, coś, co kryło się wśród cieni, lecz niewątpliwie istniało i chyba każdy z kręgów wyżej postawionych czarodziejów zdawał sobie z tego sprawę; wszak to rzecz, którą niemalże wysysało się z mlekiem matki.
- A tak, pamiętam – przytaknęła, zapadając się głębiej w fotelu. Założyła nogę na nogę, upiła niewielki łyk herbaty z filiżanki – też wyglądała na chińską porcelanę, co sugerował rodzaj roślinnych zdobień. Natomiast szklanka Brenny nie była po prostu szklanką – lecz kryształowym naczyniem, z subtelnym zdobieniem – Doskonała organizacja, muszę przyznać, więc tym bardziej taka inicjatywa zasługuje na wsparcie – wyrzekła, wydawałoby się, absolutnie szczerze. Nie odwróciła głowy, dobrze wiedząc, co miała w kierunku wskazanym przez gościa, zwłaszcza że nieszczególnie pragnęła patrzeć na rzeczony przedmiot.
Wazę.
A niech się nią Daphne udławi.
Z drugiej strony… to była swego rodzaju okazja. Raz, że w ten sposób mogła dopiec. Dwa - zdecydowanie nieszczęsny prezent ślubny przestałby razić oczy Eunice. Trzy - argument o jakże szczytnych celach charytatywnych nie raz i nie dwa okazywał się być doskonałym w zamykaniu cudzych ust, które próbowały wyrazić niezadowolenie…
- Och, nie widziałam go wprawdzie, ale myślę, że znacznie lepiej będzie się prezentował bez towarzystwa wazy. Wiesz, mogłaby przytłumić jego urok... – stwierdziła lekkim tonem, jakby zupełnie nic nie kryło się za jej słowami. Jakby wcale bez mrugnięcia okiem nie pozbywała się prezentu od znienawidzonej teściowej. I bynajmniej nie miała zamiaru się do tego przyznawać. Bo i po co? – Więc może po prostu zawczasu zrobię na niego lub na coś innego miejsce? Jak myślisz, ta waza byłaby dobra na licytację? Wydaje mi się, że powinna osiągnąć dobrą cenę, jednakże nie jestem pewna, czy to jest coś, co uważasz za odpowiednie? – spytała, poniekąd dając też do zrozumienia, między wierszami, że zapewne na tym balu się pojawi. W końcu jakoś trzeba wypełnić pustkę po wazie, czyż nie? Jakoś nie wypadało, nie pasowało, żeby po niej pozostała niemalże namacalna, ziejąca dziura. Tak, w dużej mierze to też kwestia przyzwyczajenia, że “coś tu stało”, jednakże… sam wystrój pomieszczenia też w jakiejś części w tej chwili najzwyczajniej w świecie po prostu miał stracić. Zaś równowaga musiała być zachowana.
I oczywiście należało pokazać się w towarzystwie, wymienić plotki, nadstawić ucha; przypomnieć niektórym o potędze rodu. Ale to coś, o czym się nie mówiło, coś, co kryło się wśród cieni, lecz niewątpliwie istniało i chyba każdy z kręgów wyżej postawionych czarodziejów zdawał sobie z tego sprawę; wszak to rzecz, którą niemalże wysysało się z mlekiem matki.