- Ale prawda też nie? Nie mógłbyś choć raz przyznać mi racji... - Powiedziała z udawanym rozczarowaniem. Mogła się tego po nim spodziewać. Nie tak łatwo było wyciągnąć z niego te magiczne słowa Masz rację, najwyraźniej godziły one w jego dumę.
- W sumie, jest w tym trochę sztuki. Pięknie tańczymy, kiedy walczymy. - Była to jedyna forma tańca jaką tolerowała, jaką mogła prezentować publicznie. Nawet lubiła, kiedy ludzie oglądali ją jak walczy. Mogło to być spowodowane tym, że czuła dumę, naprawdę ogromną, że ojciec nauczył ją szermierki. Było to dosyć wyjątkowe, co uważała za zaletę. Może przez to nie mogła znaleźć zbyt wielu godnych przeciwników, jednak każdy lubił czuć się choć trochę nie do końca pospolity.
Sama Yaxley uwielbiała spotkania z Erikiem właśnie przez to, że przy nim czuła się trochę, jakby wracała do czasów kiedy była uczennicą. Jego towarzystwo powodowało to, że chociaż na moment wszystkie problemy świata przestawały istnieć. Liczyła się tylko wola zwycięstwa, bo zazwyczaj spotykali się po to, żeby poćwiczyć różne umiejętności. Było to korzystne dla niej i dla niego - mogli doskonalić kunszt, a przy okazji wyśmienicie się przy tym bawić. Każdy wygrywał, przynajmniej zdaniem Geraldine, chociaż miała wrażenie, że Longbottom bawi się równie dobrze podczas tych spotkań co ona.
- Och, już nie bądź taki, każdy go potrzebuje, Tobie również szczęścia życzę. - Powiedziała z uśmiechem, chociaż coś jej mówiło, że będzie to jej dzień. Miała wyśmienity humor i w ogóle nie dopuszczała do siebie myśli, że może być inaczej.
Bardzo dobrze się stało, że zablokowała jego pierwszy atak. Pokazała mu, że to nie będzie łatwe starcie. Udało się jej go drasnąć, kiedy skontrowała atak, jednak Longbottom całkiem zgrabnie z tego wyszedł, więc praktycznie ledwie go dotknęła.
Czekała na jego kolejny atak, jednak nie nadszedł. Miała wrażenie, że macha szpadą bez sensu w powietrzu, nie zamierzała zwlekać. Po raz kolejny go zaatakowała, tym razem jako cel wybrała sobie jego lewy bark.
Sukces!