Była mniej-więcej przygotowana na zobaczenie czwórki ludzi, w końcu Heather poinformowała je o tym, co było widoczne z góry. Kiedy ich jednak zobaczyła – wychylając się zza drzewa, nieco się jednak zdziwiła. Oni… Zupełnie do siebie nie pasowali, ani do tego, by urządzać sobie wycieczki po lesie. Jasne, Victoria też ubrała się w ciuchy, które miały nie wydawać się ewentualnym mugolom podejrzane, ale jednak tu kelnerka, tu pacjent z lecznicy… Ona przynajmniej próbowała się wpasować w mugolski ubiór, a nie wyglądała jakby urwała się właśnie z pracy… Albo ze szpitala. Oprócz ludzi Wood mówiła o jakichś kamieniach i teraz Victoria już wiedziała czym były: nagrobkiem. Tylko co tu u licha robił nagrobek? Zrobiono cmentarz na polanie w lesie? Ale po co, przecież w Little Hangleton był cmentarz…
Ale najdziwniejsze w tym wszystkim było zachowanie tych ludzi. Już pomijając, że właśnie bez sensu kręcili się po polanie, która okazywała się być cmentarzem – ale… zachowywali się jakby… węszyli. Jak koty, które lokalizują zapach, unosząc wyżej łebek i machając nim w taki charakterystyczny sposób, otwierając do tego buźkę. Tylko, że to nie były koty, a ludzie. Dziwnie ubrani ludzie. Dziwnie zachowujący się ludzie. Dziwnie… Pomruk sprawił, że Vitoria dość gwałtownie odsunęła swoje ciało od drzewa na wyciągnięcie ręki (a jeszcze przed momentem się doń niemalże przytulała, by się schować). A potem trójka z nich zaczęła iść w ich stronę, jej stronę, i to pomimo tego, że miała na sobie zaklęcie kameleona, które Brenna opanowała chyba do perfekcji (nie pierwszy to w końcu raz…); ta sama Brenna, która teraz kręciła się w pobliżu pod postacią wilka.
Rzeczywiście, nie potrzeba było geniusza, by zrozumieć, co ci ludzie próbują zrobić. Kolejną zastanawiającą rzeczą było jednak to, dlaczego poruszają się tak… nieskładnie. Różdżka czarownicy bardzo szybko pojawiła się poza kieszenią płaszcza, by rzucić zaklęcie – niby pierwsze lepsze jakie przyszło jej do głowy, ale patrząc po tym jak powolnie się ruszali… Chciała stworzyć przed nimi szeroki na metr i rozciągnięty pomiędzy kilkoma drzewami pas kleistej substancji, która sprawiłaby, że utknęliby w miejscu, nie mogąc się dalej poruszać, po tym jak w to wdepną. Chodziło o to, by ich zatrzymać i zastanowić się spokojnie co dalej. Szkoda tylko, że czwarty z ludzi nie dołączył do swoich kolegów, ale to nic.
Rzucam na kształtowanie, żeby utworzyć pas kleistego podłoża dla naszych milusińskich, trzy próby
Slaby sukces...
Sukces!
Sukces!