Layla myślała, że wybudziła się z koszmaru, ale ten miał dopiero nadejść. Ujrzała zakapturzoną postać pochylającą się nad nią i parę jasnych ślepiów skierowanych wprost na nią. Nienaturalnie blada skóra jegomościa, a także dziwny uśmiech sugerowały, że to, czego się nawdychała, chyba wciąż działało.
Niestety to była rzeczywistość. Ururu Marquez spoglądał na dziewczynę, która zdawała się zemdleć w tym wąskim zaułku. Sam znalazł poruszał się zacienionymi rejonami przez większość czasu. Nie chciał wzbudzać uwagi, nie chciał prowokować. Nauczył się już wielu korzystnych dla niego alejek w dzielnicy magicznej i okolicach.
Właśnie wyszedł na zewnątrz, by złapać oddech. Miał iść do biblioteki, ale zdenerwował się i zmienił zamiar. Ale los zadbał o ty, by się nie nudził.
— Co się panience stało?
Uważnie przejechał wzrokiem po jej ciele szukając ewentualnych obrażeń, chociaż zdawał sobie sprawę, że w magicznym świecie wiele z nich mogła być niewidoczna gołym okiem. Z chęcią pomógłby napotkanej niewieście, ale nie tyle z empatii czy dobrego serca, co nudy, chorego zainteresowania i... cóż, sztywnej etykiety wpojonej siłą.