Victoria przyglądała się jeszcze przez moment światłu, nim to nie zgasło; dwa snopy „wyłączyła” sama, cokolwiek robiły, miała nadzieję, że w jakiś sposób zepsucie tego pomagało aurorom, a nie Śmierciożercom. Ostatecznie Ministwrstwo nie miało wiedzy o tym, co to jest, nie miało być dodatkowych atrakcji na Beltane, a skoro pojawiło się wraz z nadejściem Śmierciożerców, no to wniosek nasuwał się sam. Jeśli zaś miało robić jako odwrócenie uwagi – to z pewnością w jakiś sposób spełniły swoją funkcję. Mavelle przekazała informację o tym, jak wyłączyć te światła reszcie, a przynajmniej Lestrange nie miała powodu wierzyć, że było inaczej, więcej w tym zakresie zrobić nie mogła. Teraz zaś… Nie było żadnej wizji, żadnej chęci, by podążać w ogień.
- Czyli to nie przez to światło zaczęłam… - mruknęła i tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to, co widziała, to nie był żaden fortel.
Patrick wytworzył swojego Patronusa, Mavelle już biegła, a Victoria chciała się upewnić, że światło zgaśnie. I gdy zgasło, zgodnie z tym co mówili wcześniej, puściła się biegiem za Mavelle, licząc, że i Steward za nią pobiegnie. Czarny ogień już się wypalał, ale i tak w biegu spróbowała go rozproszyć – nie dla siebie, dla Patricka, na wszelki wypadek. Miała nadzieję, że i teraz żywiołak nie uzna nagle, że pora się z nimi rozprawić. Celem był ogień, w który sama przez tyle czasu wcześniej się wpatrywała, ogień, który (wtedy) ją wołał… Mavelle nie krzyczała, nie wybiegła z drugiej strony, nie było oznak, że płonie. Wyglądało na to, że jej tutaj nie ma.
Czyli się nie pomyliła.
Jeśli tylko nic jej nie przeszkodziło, to sama też wbiegła w ogień.
Rozpraszanie magii na pozostałości czarnego ognia
Sukces!
druga akcja na bieg do portalu