30.04.2023, 22:00 ✶
Nadeszło lato: a wraz z nim błękitne niebo, promienie słońca, wysokie temperatury i tłumy czarodziejów, cieszących się letnimi miesiącami. Nic z tego nie miało jednak dostępu do palarni opium Changów. Na podziemnych ścieżkach zawsze było ciemno, panowała tutaj wilgoć, a niekiedy ciężko było odróżnić dzień od nocy. Samą palarnię wypełniał nieustannie dym, zapach opium oraz innych specyfików, a ludzie, którzy tu przychodzili, szukali albo wrażeń, albo zapomnienia.
Nie było to zdrowe środowisko. Marilla Chang do pewnego stopnia zdawała sobie z tego sprawę. Ta świadomość przeniknęła do jej umysłu powoli, gdzieś podczas lat w Hogwarcie – gdzie wprawdzie mieszkała w pokoju Slytherinu, pełnym zielonych, sztucznych świateł, ale odkryła, że wiele pomieszczeń miewa okna, a siedzenie na trawie nad wodą może być miłe.
Zwykle jednak nie pozwalała, aby myśli na ten temat mąciły jej w głowie. Tutaj była u siebie. Lepiej być kimś w ciemnościach niż nikim w blasku słońca.
Maya była jednak młodsza i mogła mieć inne zdanie na ten temat. Być może chciałaby iść nad jezioro, na wycieczkę po mieście, spotkać się z przyjaciółmi, kupić sobie lody albo cokolwiek innego niż podawanie ciotce składników do mikstury. A że była najmłodszą Changówną, Marilla byłaby skłonna nawet spełnić to życzenie, choć byłoby to odrobinę… niebezpieczne.
- Nie chciałabyś gdzieś się wybrać, skoro masz wakacje? – spytała, wrzucając do kociołka szczyptę ostatniego składnika. W jej twarz uderzył żar, a mikstura zmieniła kolor na błękitny, a więc dokładnie tak, jak miało być. Teraz eliksir musiał odstać kilka godzin na małym ogniu, aż będzie gotowy do zaserwowania go tym najbardziej zdesperowanym klientom do przetestowania. Jeśli dostaną go za parę knutów, nie będą pytać o potencjalne skutki uboczne.
Marilla zmierzyła spojrzeniem siostrzenicę. Rilla była najmłodszą z córek Madeleine: od dziewczyny dzieliła ją mniej więcej taka sama różnica wieku, jak samą Marillę od najstarszej z sióstr. Czasem zdawała się jej jednak młodsza o całe wieki, może dlatego, że dzieliła je przepaść po hogwarckich doświadczeń.
Changówna westchnęła i zsunęła z włosów wstążkę, mającą zapobiec ich dostaniu się do kociołka. A potem sięgnęła po gazetę, którą dostarczono jej… rano? Po południu? Nie była nawet pewna: dzień i nocy bardzo łatwo mieszały się Marilli, gdy przebywała tutaj, w ciasnym pomieszczeniu, oświetlanym blaskiem świec, których orzeźwiający zapach miał nieco zniwelować dostającą się tu z dołu woń opium. Nie była tak naprawdę także szczególnie zainteresowana wiadomościami ze świata czarodziejów, ale… warto było znać te co bardziej prominentne figury, choćby po to, by je rozpoznać, jeśli staną na progu palarni. Albo by zabawić je rozmową. (Chociaż Marilla preferowała raczej siedzenie w pracowni niż zajmowanie się gośćmi. Dzięki niebiańskiemu smokowi: to drugie na ogół brały na siebie jej siostry.)
- Kolejne rezygnacje w związku z władzą Noby’ego Leacha… ciekawe, czy następne osoby uciekając z Ministerstwa spróbują nam tutaj robić konkurencję – parsknęła, spoglądając na nagłówek. Oczywiście, piła do Mucliberów, którzy odeszli z Departamentu Tajemnic i niedawno skupili się na handlu kadzidłami na podziemnych ścieżkach. Marilla traktowała to trochę jak osobistą zniewagę.
Nie było to zdrowe środowisko. Marilla Chang do pewnego stopnia zdawała sobie z tego sprawę. Ta świadomość przeniknęła do jej umysłu powoli, gdzieś podczas lat w Hogwarcie – gdzie wprawdzie mieszkała w pokoju Slytherinu, pełnym zielonych, sztucznych świateł, ale odkryła, że wiele pomieszczeń miewa okna, a siedzenie na trawie nad wodą może być miłe.
Zwykle jednak nie pozwalała, aby myśli na ten temat mąciły jej w głowie. Tutaj była u siebie. Lepiej być kimś w ciemnościach niż nikim w blasku słońca.
Maya była jednak młodsza i mogła mieć inne zdanie na ten temat. Być może chciałaby iść nad jezioro, na wycieczkę po mieście, spotkać się z przyjaciółmi, kupić sobie lody albo cokolwiek innego niż podawanie ciotce składników do mikstury. A że była najmłodszą Changówną, Marilla byłaby skłonna nawet spełnić to życzenie, choć byłoby to odrobinę… niebezpieczne.
- Nie chciałabyś gdzieś się wybrać, skoro masz wakacje? – spytała, wrzucając do kociołka szczyptę ostatniego składnika. W jej twarz uderzył żar, a mikstura zmieniła kolor na błękitny, a więc dokładnie tak, jak miało być. Teraz eliksir musiał odstać kilka godzin na małym ogniu, aż będzie gotowy do zaserwowania go tym najbardziej zdesperowanym klientom do przetestowania. Jeśli dostaną go za parę knutów, nie będą pytać o potencjalne skutki uboczne.
Marilla zmierzyła spojrzeniem siostrzenicę. Rilla była najmłodszą z córek Madeleine: od dziewczyny dzieliła ją mniej więcej taka sama różnica wieku, jak samą Marillę od najstarszej z sióstr. Czasem zdawała się jej jednak młodsza o całe wieki, może dlatego, że dzieliła je przepaść po hogwarckich doświadczeń.
Changówna westchnęła i zsunęła z włosów wstążkę, mającą zapobiec ich dostaniu się do kociołka. A potem sięgnęła po gazetę, którą dostarczono jej… rano? Po południu? Nie była nawet pewna: dzień i nocy bardzo łatwo mieszały się Marilli, gdy przebywała tutaj, w ciasnym pomieszczeniu, oświetlanym blaskiem świec, których orzeźwiający zapach miał nieco zniwelować dostającą się tu z dołu woń opium. Nie była tak naprawdę także szczególnie zainteresowana wiadomościami ze świata czarodziejów, ale… warto było znać te co bardziej prominentne figury, choćby po to, by je rozpoznać, jeśli staną na progu palarni. Albo by zabawić je rozmową. (Chociaż Marilla preferowała raczej siedzenie w pracowni niż zajmowanie się gośćmi. Dzięki niebiańskiemu smokowi: to drugie na ogół brały na siebie jej siostry.)
- Kolejne rezygnacje w związku z władzą Noby’ego Leacha… ciekawe, czy następne osoby uciekając z Ministerstwa spróbują nam tutaj robić konkurencję – parsknęła, spoglądając na nagłówek. Oczywiście, piła do Mucliberów, którzy odeszli z Departamentu Tajemnic i niedawno skupili się na handlu kadzidłami na podziemnych ścieżkach. Marilla traktowała to trochę jak osobistą zniewagę.