01.05.2023, 02:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2023, 14:05 przez Sarah Macmillan.)
Dotknął jej znowu. Przyciągnął ją do siebie i uścisnął, a Macmillan na krótki moment pożałowała tego, że to zrobił. Nie dlatego, że tego nie chciała. Wręcz przeciwnie – chciała tego aż za bardzo, chłonęła ten moment i kiedy ich skóra zetknęła się znowu, poczuła się tak, jakby delikatne iskry zatańczyły w jej ciele. Wydawało jej się to trochę puste – napawać się czyjąś fizyczną bliskością, kiedy on był na takiej granicy rozpaczy i chyba tylko dlatego jej się to nie podobało, zawahała się zanim przylgnęła do niego na dobre. Ale kiedy już to zrobiła, oplotła go swoimi wątłymi ramionami, ułożyła głowę tak, żeby móc musnąć ustami jego włosy i wysłuchała go. Tak po prostu, bez przerywania mu, bez zmuszania go do powiedzenia czegokolwiek poza tym, co chciał powiedzieć. Milczała piekielnie długi moment, tak długi, że można było powątpiewać, czy zechce powiedzieć cokolwiek. Do tej pory okazywała swoje wsparcie niemo – wodząc dłonią po jego barku, będąc obok i czując się swobodnie dzieląc z nim przestrzeń, tak jak powinien czuć się człowiek, dla którego było to naturalne i komfortowe.
Ale nie mogła tak po prostu milczeć już przez wieczność. Była rozdarta. Bo z jednej strony nie chciała jej do niczego, zmuszać, a z drugiej strony już od kilku minut łykała olbrzymi gniew wymierzony w sposób, w jaki o sobie myślał. Jeżeli będzie łykała to jeszcze trochę, to się tym zadławi i nie odezwie już nigdy, albo wybuchnie tak złowrogo, że będzie żałowała tego do końca swoich dni. Musiała zrobić to tutaj, teraz, tak delikatnie, na ile pozwalało wyrywające się z klatki piersiowej serce.
Odsunęła się. Na tyle, żeby móc ująć jego twarz w dłonie. Po jej policzkach spływały łzy, a sama skóra na nich była zaczerwieniona, ale eteryczna uroda kapłanki odejmowała jej tu trochę tego ludzkiego pierwiastka. Wyglądała bardziej jak obraz, niż jak ktoś prawdziwy, czujący emocje, chcący się nawet nimi podzielić.
- Cha-allie, ja… T-to znaczy ty… – To, w jak dużej była rozsypce, jak długo i prawdziwie płakała, dało się to usłyszeć w jej głosie, który normalnie śpiewny i delikatny, teraz brzmiał ciężko, jak coś pomiędzy śmiechem i załamaniem. – U-użalać się nad s-sobą… b-beez powodu? Cha-llie, pszecież ty m-mi właśnie podałeś t-tysiąc po-powodów, a n-nawet jeśli… nawet gdyby nic się nie st – szlochnęła – ało, to masz phawo pszede mną płakać z prostego faktu, że po po-prostu poczułeś się źle.
Przygryzła dolną wargę, a potem uciekła spojrzeniem w bok. Puściła go. Przestała go dotykać, żeby wytrzeć własną twarz rękawem sukienki. Dopiero wtedy dotarło do niej, że on też tego potrzebował, więc chwyciła ręką za czystą ścierkę przewieszoną przez uchwyt szuflady i podała mu ją bez słowa. Mokre od jego łez ramię nie było czymś dokuczliwym, ale nie chciała, żeby czuł się przez to jeszcze gorzej. Później stała jeszcze chwilę, z rękoma wspartymi o blat kuchennego kredensu, wpatrując się w podłogę, myśląc nad tym jak ubrać w słowa to, co chciała mu przekazać.
- Challie – zaczęła, jakby chciała zarezerwować sobie w ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła, przestrzeń na własną wypowiedź. Żeby sobie nie zakładał, że to on miał ją przerwać, opowiadać na siłę cokolwiek, czego nie chciał. – Nie zaphosiłam cię tutaj, żebyś uśmiechał się na siłę i phóbował udawać, że wszystko jest w posządku. Zaphosiłam cię tutaj, bo jesteś dla mnie kimś wasznym. Na tyle wasznym, że kiedy widzę cię tak zlujnowanego nie myślę wcale, że mnie czymkolwiek obalczasz, ja… Nie powiem ci, co zlobić z tym całym żalem, nie powiem ci, co zlobić ze wspomnieniami, co wyglądają jak kala, ale mogę powiedzieć ci, że wolałabym być zjedzona powoli pszez mech, niż żebyś kłamał mi w żywe oczy. Wycielpiałeś tak dużo, to musi być wielka siła znosić to z podniesioną głową, ale to nie znaczy, że te emocje nie są ciężkie.
Prawdę mówiąc, była zła z jeszcze jednego powodu. Była na niego zła za to, że się tym obarcza w taki sposób, jakby to była jego wina. Nie, to nie mogła być jego wina, bo jeżeli to nie on zrobił coś z intencją pozbawienia kogoś życia, to był tutaj ofiarą. Jego rodzina to nie były jedyne ofiary – on też, w jakiś sposób stracił jakąś część żywego siebie i... mogłaby mu to tłumaczyć, mogłaby mu teraz prawić kazania, ale to było chyba ostatnie, czego powinien wysłuchiwać po tym, jak się otworzył.
Miał prawo się tak czuć.
Nawet jeżeli się mylił, miał prawo się tak czuć. Ona nie mogła mu tego odebrać, bo to były jego emocje. Mogła je tylko przyjąć do swojego serca i zaakceptować w takiej formie, w jakiej je przeżywał.
- Cokolwiek w sobie nosisz, możesz mi o tym opowiedzieć. O tym dniu. Możesz mi opowiedzieć o tym co czujesz. Nie musisz, możesz. A ja cię wysłucham i nie zniknę tylko dlatego, że cię to zmieniło. – Wróciła do niego, żeby ująć jego dłonie w swoje. – Masz rację kiedy mówisz, że to jest ciężkie, ale ciężary mają to do siebie, że łatwiej jest nieść je z bliskimi, a ja... ja pszecież jestem dla ciebie kimś bliskim?
Ale nie mogła tak po prostu milczeć już przez wieczność. Była rozdarta. Bo z jednej strony nie chciała jej do niczego, zmuszać, a z drugiej strony już od kilku minut łykała olbrzymi gniew wymierzony w sposób, w jaki o sobie myślał. Jeżeli będzie łykała to jeszcze trochę, to się tym zadławi i nie odezwie już nigdy, albo wybuchnie tak złowrogo, że będzie żałowała tego do końca swoich dni. Musiała zrobić to tutaj, teraz, tak delikatnie, na ile pozwalało wyrywające się z klatki piersiowej serce.
Odsunęła się. Na tyle, żeby móc ująć jego twarz w dłonie. Po jej policzkach spływały łzy, a sama skóra na nich była zaczerwieniona, ale eteryczna uroda kapłanki odejmowała jej tu trochę tego ludzkiego pierwiastka. Wyglądała bardziej jak obraz, niż jak ktoś prawdziwy, czujący emocje, chcący się nawet nimi podzielić.
- Cha-allie, ja… T-to znaczy ty… – To, w jak dużej była rozsypce, jak długo i prawdziwie płakała, dało się to usłyszeć w jej głosie, który normalnie śpiewny i delikatny, teraz brzmiał ciężko, jak coś pomiędzy śmiechem i załamaniem. – U-użalać się nad s-sobą… b-beez powodu? Cha-llie, pszecież ty m-mi właśnie podałeś t-tysiąc po-powodów, a n-nawet jeśli… nawet gdyby nic się nie st – szlochnęła – ało, to masz phawo pszede mną płakać z prostego faktu, że po po-prostu poczułeś się źle.
Przygryzła dolną wargę, a potem uciekła spojrzeniem w bok. Puściła go. Przestała go dotykać, żeby wytrzeć własną twarz rękawem sukienki. Dopiero wtedy dotarło do niej, że on też tego potrzebował, więc chwyciła ręką za czystą ścierkę przewieszoną przez uchwyt szuflady i podała mu ją bez słowa. Mokre od jego łez ramię nie było czymś dokuczliwym, ale nie chciała, żeby czuł się przez to jeszcze gorzej. Później stała jeszcze chwilę, z rękoma wspartymi o blat kuchennego kredensu, wpatrując się w podłogę, myśląc nad tym jak ubrać w słowa to, co chciała mu przekazać.
- Challie – zaczęła, jakby chciała zarezerwować sobie w ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła, przestrzeń na własną wypowiedź. Żeby sobie nie zakładał, że to on miał ją przerwać, opowiadać na siłę cokolwiek, czego nie chciał. – Nie zaphosiłam cię tutaj, żebyś uśmiechał się na siłę i phóbował udawać, że wszystko jest w posządku. Zaphosiłam cię tutaj, bo jesteś dla mnie kimś wasznym. Na tyle wasznym, że kiedy widzę cię tak zlujnowanego nie myślę wcale, że mnie czymkolwiek obalczasz, ja… Nie powiem ci, co zlobić z tym całym żalem, nie powiem ci, co zlobić ze wspomnieniami, co wyglądają jak kala, ale mogę powiedzieć ci, że wolałabym być zjedzona powoli pszez mech, niż żebyś kłamał mi w żywe oczy. Wycielpiałeś tak dużo, to musi być wielka siła znosić to z podniesioną głową, ale to nie znaczy, że te emocje nie są ciężkie.
Prawdę mówiąc, była zła z jeszcze jednego powodu. Była na niego zła za to, że się tym obarcza w taki sposób, jakby to była jego wina. Nie, to nie mogła być jego wina, bo jeżeli to nie on zrobił coś z intencją pozbawienia kogoś życia, to był tutaj ofiarą. Jego rodzina to nie były jedyne ofiary – on też, w jakiś sposób stracił jakąś część żywego siebie i... mogłaby mu to tłumaczyć, mogłaby mu teraz prawić kazania, ale to było chyba ostatnie, czego powinien wysłuchiwać po tym, jak się otworzył.
Miał prawo się tak czuć.
Nawet jeżeli się mylił, miał prawo się tak czuć. Ona nie mogła mu tego odebrać, bo to były jego emocje. Mogła je tylko przyjąć do swojego serca i zaakceptować w takiej formie, w jakiej je przeżywał.
- Cokolwiek w sobie nosisz, możesz mi o tym opowiedzieć. O tym dniu. Możesz mi opowiedzieć o tym co czujesz. Nie musisz, możesz. A ja cię wysłucham i nie zniknę tylko dlatego, że cię to zmieniło. – Wróciła do niego, żeby ująć jego dłonie w swoje. – Masz rację kiedy mówisz, że to jest ciężkie, ale ciężary mają to do siebie, że łatwiej jest nieść je z bliskimi, a ja... ja pszecież jestem dla ciebie kimś bliskim?
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.