Avelina z reguły nie określała się niczyją własnością. Nawet jeśli chodziło o Fergusa. On po prostu się pojawił. Był ważny, ale nie czuła się jego. Nie czuła się niczyja. Była swoja. I tak miało być. Nawet nie przyszło jej do głowy, że ktoś chciałby ją mieć jako swoją, nawet jako pamiętnik. Czuła się zwyczajna, nudna, cicha, zamknięta, z dala od ludzi. Nigdy nie czuła przynależności do kogoś i by chyba go wyśmiała za takie myśli. W jej głowie nie potrafiła się zrodzić myśl, aby do kogoś należeć. Nawet jej rodzice nie do końca ją posiadali. Jej rodzice to był w ogóle ewenement, ponieważ była ich przeciwieństwem – starała się mieć jeden plan, jedną ścieżkę, wszystko poukładane i na miejscu, a jej rodzice żyli z dnia na dzień, jednego dnia byli, a następnego lecieli w podróż po prostu ją o tym informując i nie chodzi o to, że ma teraz dwadzieścia sześć lat. Robili tak nawet jak była dzieckiem.
Przyglądała się jego irytacji, która wymalowała się na twarzy, która pojawiła się w gwałtownym upiciu trunku. Poczuła delikatny niepokój, ale nieświadomie pochyliła się lekko nad stół, ale tylko odrobinę, z lekką ciekawością. Nie rozumiała jego emocji, ponieważ nie widziała w tym momencie powodu do irytacji.
Skinęła mu głową. Milcząca, cicha, taka jak zawsze. Nadal nie potrafiła pozbyć się głupiego nawyku nie mówienia, zapominała, że mogła używać słów, bo nie była pod postacią kota. Zapomniała, że może pić i, gdy sobie to uświadomiła upiła również gorzkiego napoju lekko się krzywiąc. Nie, nie ukrywała tego, że nie piła codziennie. Robiła to dla siebie, aby dodać sobie odwagi i dla niego, aby dotrzymać mu towarzystwa. Próbowała wytrwać jego spojrzenie, ale nie lubiła, gdy mężczyźni się na nią gapili. Nie lubiła jak ktokolwiek się na nią gapił, bo po prostu lubiła się chować. Skrywać za niewidzialną fasadą udawanej nieśmiałości. Komplement. Jeden z nielicznych otrzymanych od rówieśników.
— Dzięki. – rzuciła od chcenia, chciała mu podziękować, ale chyba było to po prostu grzeczne stwierdzenie na jego słowa, bo nawet nie wiedziała, czy był to komplement. Patrzyła na siebie nie raz w lustrze i myślała, co ze sobą zrobić, aby być mniej dziewczęca, ale nie wiedziała jak to zrobić. Dlatego czasami malowała sobie usta czerwoną szminką, aby odwrócić uwagę od okrągłej, uroczej twarzy. – Czemu Fergus? – zapytała krótko marszcząc brwi i nie do końca rozumiejąc. Tak znała Ollivandera, ale nie poznali się dzięki niemu. Poznali się, ponieważ Avelina nabyła umiejętność animagii, a Sauriel odezwał się do niej, gdy była pod postacią kota. — Czemu nie zaczniesz być słońcem i nie sprawisz, aby to inni orbitowali wokół ciebie? Chyba, że ci to odpowiada… – upiła kolejny łyk trunku.
Wróciła do opierania się o oparcie i patrzenia na niego uważnie, spokojnie, czasami marszcząc brwi tym samym pokazując mu, że jest nim zainteresowana. Jak zawsze. W końcu nie bez powodu pozwoliła mu do siebie mówić dawno temu. Dwa pierwsze razy to przypadki, a potem już potoczyło się samo. Czasami specjalnie zmieniała się w kota tłumacząc sobie, że tylko ćwiczy, a Sauriel to po prostu przypadek, ale rzeczywistość mogła wyglądać inaczej, prawda?
— Koty nie orbitują wokół kogoś. – Przekrzywiła lekko głowę – koty są słońcem i czują, że rządzą światem… – chciała usłyszeć jego odpowiedź odnośnie tej wypowiedzi. Interesowało ją to cholernie. Nauczyła się trochę więcej o kotach od Salema, który był dosłownie panem w jej oczach.
— W dużym świecie idzie się łatwo schować. Ja tworzę dla siebie mały świat i nie wpuszczam do niego zbyt wiele osób, ponieważ tak jest wygodnie. – Na chwilę zamilkła, aby dodać jeszcze kilka słów – nie mówię, że to jest dobre, ale bardzo wygodne.