03.05.2023, 11:33 ✶
Geraldine miała szczęście, bo Florence nie przebywała akurat ani na dyżurze, ani nie miała żadnego pilnego spotkania. Właśnie wróciła do domu i zdążyła przebrać się z uniformu uzdrowiciela w zwykłą szatę czarodzieja. Na widok jej wiadomości więc po prostu zmarszczyła brwi, westchnęła przeciągle, zabrała torbę, w której trzymała narzędzia i trochę podręcznych eliksirów, i udała się do kominka. Spodziewała się zastać pannę Yaxley pobitą po jakiejś barowej bójce jedna na trzech, pociętą, bo „trening trochę wymknął się spod kontroli”, poparzoną „bo jednak były trzy, nie dwie salamandry” albo pociętą jakimiś kolcami („Geraldine, z tym muszę cię zabrać do szpitala, to ewidentnie jakieś zatrucie…”).
Nie przeczuwała, co niesie dla niej los.
Jakieś kilkanaście minut od chwili posłania sowy, ogień w kominku buchnął na zielono i wyszła z niego Florence. Kobieta odrobinę starsza od Yaxleyówny, o bladej, odrobinę piegowatej twarzy i przeciętnym wzroście. Kasztanowe włosy miała spięte w bardzo ciasny kok, którego nie zdążyła rozpuścić po zmianie w szpitalu, a jej ciemnoniebieska szata była idealnie wyprasowana i dość szybko stała się też idealnie czysta – bo Florence wyciągnęła różdżkę i szybko wyczyściła ją z popiołów.
Dopiero potem spojrzenie chłodnych, jasnych oczu, przebiegło po wnętrzu, zatrzymało się na chwilę na butelce (Florence nic nie powiedziała, ale otaczała ją taka aura dezaprobaty, że nie potrzeba było Trzeciego Oka, aby to wyłapać), a potem spoczęło na Ollivanderze.
- Czyżbyś tym razem polowała na ludzi, Geraldine? – spytała, ruszając od razu do Mellvyna. Ruchem różdżki zawiesiła torbę w powietrzu, a potem pochyliła się, by spojrzeć najpierw na jego ranę, a potem na twarz. Ollivander nie wyglądał zbyt dobrze, chociaż Florence miała wrażenie, że tylko część tego można było zrzucić na utratę krwi. Swoje zapewne robiły specyfiki, którymi – była niemal pewna – wcześniej się uraczyli. (Choroby przewlekłej na razie nie podejrzewała, ale też była tutaj dopiero od trzydziestu sekund…) – Na szczęście zabrałam eliksir uzupełniający krew. Jakieś uczulenia? Zapotrzebowanie na zwiększoną dawkę mikstur?
Wycelowała różdżką tym razem w ranę i wyszeptała zaklęcie, które miało ją zasklepić. Oczywiście, to był dopiero początek całej terapii. Przynajmniej chwilowo Ger nie musiała obawiać się oceniania, Florence nie miała teraz czasu na takie bzdury, zresztą w Mungu widziała już chyba wszystko przez lata praktyki.
Nie przeczuwała, co niesie dla niej los.
Jakieś kilkanaście minut od chwili posłania sowy, ogień w kominku buchnął na zielono i wyszła z niego Florence. Kobieta odrobinę starsza od Yaxleyówny, o bladej, odrobinę piegowatej twarzy i przeciętnym wzroście. Kasztanowe włosy miała spięte w bardzo ciasny kok, którego nie zdążyła rozpuścić po zmianie w szpitalu, a jej ciemnoniebieska szata była idealnie wyprasowana i dość szybko stała się też idealnie czysta – bo Florence wyciągnęła różdżkę i szybko wyczyściła ją z popiołów.
Dopiero potem spojrzenie chłodnych, jasnych oczu, przebiegło po wnętrzu, zatrzymało się na chwilę na butelce (Florence nic nie powiedziała, ale otaczała ją taka aura dezaprobaty, że nie potrzeba było Trzeciego Oka, aby to wyłapać), a potem spoczęło na Ollivanderze.
- Czyżbyś tym razem polowała na ludzi, Geraldine? – spytała, ruszając od razu do Mellvyna. Ruchem różdżki zawiesiła torbę w powietrzu, a potem pochyliła się, by spojrzeć najpierw na jego ranę, a potem na twarz. Ollivander nie wyglądał zbyt dobrze, chociaż Florence miała wrażenie, że tylko część tego można było zrzucić na utratę krwi. Swoje zapewne robiły specyfiki, którymi – była niemal pewna – wcześniej się uraczyli. (Choroby przewlekłej na razie nie podejrzewała, ale też była tutaj dopiero od trzydziestu sekund…) – Na szczęście zabrałam eliksir uzupełniający krew. Jakieś uczulenia? Zapotrzebowanie na zwiększoną dawkę mikstur?
Wycelowała różdżką tym razem w ranę i wyszeptała zaklęcie, które miało ją zasklepić. Oczywiście, to był dopiero początek całej terapii. Przynajmniej chwilowo Ger nie musiała obawiać się oceniania, Florence nie miała teraz czasu na takie bzdury, zresztą w Mungu widziała już chyba wszystko przez lata praktyki.