03.05.2023, 17:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.05.2023, 17:47 przez Florence Bulstrode.)
Ze strony Florence słowa o polowaniu były raczej sarkazmem niż faktycznym podejrzeniem… Bo dość łatwo było się domyśleć, że najwyraźniej jakaś zabawa wymknęła się tutaj spod kontroli. Ale nie, wciąż nie skomentowała.
Zamiast tego sięgnęła po papierosa i po prostu wyjęła go z palców Ollivandera, a następnie machnęła różdżką, aby znikł. Tak, było to dość bezczelne z jej strony, ale nie miała zamiaru zajmować się pacjentem, który dmuchał jej w twarz dymem. Zapachy w tym miejscu i tak nie należały do najprzyjemniejszych. (Chociaż do tego akurat Bulstrode przywykła. W szpitalu niekoniecznie woniało fiołkami, chociaż gałązka, którą dostała na Beltane, zlikwidowała ten problem przynajmniej w jej gabinecie.)
- Tak, tego mogę się domyśleć – skomentowała chłodno, odnośnie tego, że pili. Zarówno zapach, jak i butelki stanowiły tutaj pewną podpowiedź. Kolejny ruch różdżką, najpierw nad czołem Ollivandera, a potem w okolicach klatki piersiowej. Sprawdzała temperaturę ciała (zbyt niską) oraz pracę serca (zdecydowanie nieregularną i trochę za słabą). – To zależy, ile ma pan ochotę jeszcze pożyć. Jeśli zadowoli pana najbliższe dwadzieścia minut, to nawet w tej chwili. Jeżeli jest pan bardziej zachłanny i życzy sobie przynajmniej miesiąca, to na pewno nie w najbliższych dniach – odpowiedziała sucho, po czym wyciągnęła rękę do Yaxley, chcąc, żeby ta podała jej butelkę.
- Muszę sprawdzić etykietę i upewnić się, że nic nie wejdzie w reakcję z eliksirem uzupełniającym krew. Wzmacniających nie mogę podać, w połączeniu ze smoczym pazurem mogą doprowadzić do zapaści, więc spędzi w łóżku przynajmniej najbliższą dobę – poinformowała rzeczowym tonem. Mellvyn już nie krwawił, rana przestawała powoli boleć, ale stracił tak dużo krwi, że prawdopodobnie jeszcze przez kilka godzin nie dojdzie w pełni do siebie. – I będę wdzięczna, Geraldine, jeśli otworzysz okna. Jego organizm jest osłabiony, taki… zaduch na pewno nie pomoże.
Zamiast tego sięgnęła po papierosa i po prostu wyjęła go z palców Ollivandera, a następnie machnęła różdżką, aby znikł. Tak, było to dość bezczelne z jej strony, ale nie miała zamiaru zajmować się pacjentem, który dmuchał jej w twarz dymem. Zapachy w tym miejscu i tak nie należały do najprzyjemniejszych. (Chociaż do tego akurat Bulstrode przywykła. W szpitalu niekoniecznie woniało fiołkami, chociaż gałązka, którą dostała na Beltane, zlikwidowała ten problem przynajmniej w jej gabinecie.)
- Tak, tego mogę się domyśleć – skomentowała chłodno, odnośnie tego, że pili. Zarówno zapach, jak i butelki stanowiły tutaj pewną podpowiedź. Kolejny ruch różdżką, najpierw nad czołem Ollivandera, a potem w okolicach klatki piersiowej. Sprawdzała temperaturę ciała (zbyt niską) oraz pracę serca (zdecydowanie nieregularną i trochę za słabą). – To zależy, ile ma pan ochotę jeszcze pożyć. Jeśli zadowoli pana najbliższe dwadzieścia minut, to nawet w tej chwili. Jeżeli jest pan bardziej zachłanny i życzy sobie przynajmniej miesiąca, to na pewno nie w najbliższych dniach – odpowiedziała sucho, po czym wyciągnęła rękę do Yaxley, chcąc, żeby ta podała jej butelkę.
- Muszę sprawdzić etykietę i upewnić się, że nic nie wejdzie w reakcję z eliksirem uzupełniającym krew. Wzmacniających nie mogę podać, w połączeniu ze smoczym pazurem mogą doprowadzić do zapaści, więc spędzi w łóżku przynajmniej najbliższą dobę – poinformowała rzeczowym tonem. Mellvyn już nie krwawił, rana przestawała powoli boleć, ale stracił tak dużo krwi, że prawdopodobnie jeszcze przez kilka godzin nie dojdzie w pełni do siebie. – I będę wdzięczna, Geraldine, jeśli otworzysz okna. Jego organizm jest osłabiony, taki… zaduch na pewno nie pomoże.