03.05.2023, 21:52 ✶
- Dziękuję – powiedziała Florence, kiedy Yaxley zamknęła okno. Bulstrode rzeczywiście bywała w takich sytuacjach oschła, i owszem, potępiała chyba w duchu okoliczności, w jakich znalazła tę dwójkę oraz to, że najwyraźniej, wezwano ją tu do narkomana. (Nie miała wiele wyrozumiałości w takich sytuacjach. Ktoś inny mógł brać pod uwagę okoliczności łagodzące, ale Florence w pewnych sprawach była bardzo zasadnicza. To było jednak zupełnie coś innego niż kolejna bójka albo obrażenia zadane przez niebezpieczne zwierzę, które Geraldine próbowała upolować.) Czy ta dwójka zaczęła zabawiać się w dziwaczny sposób w narkotycznym delirium? Nie skomentowała jednak sytuacji ani słowem, bo wezwano ją tutaj jako uzdrowicielkę. A jako uzdrowicielka Florence stawiała na profesjonalizm, konkretne polecenia i równie konkretne informacje.
- Nie, nie umrze pan – zapewniła niemalże uprzejmie, wzrokiem przebiegając po etykiecie, po czym oddała butelkę Geraldine. Zdołała nawet zachować kamienny wyraz twarzy, i kiedy ta wcześniej postanowiła się z niej znowu napić, i teraz, podając Yaxley alkohol z powrotem. – Od odstawienia smoczego pazura się nie umiera. Mogą wystąpić nieprzyjemne objawy somatyczne. Zapisałabym eliksir nasenny, ale jego podawanie w takim stanie nie jest wskazane. – I nie podziałałoby na kogoś, kto choruje na Nocną Marę, ale Florence nie robiła mu teraz w końcu pełnej diagnozy, nie wiedziała więc jeszcze, że Ollivander na tę chorobę cierpiał. – Warto zaopatrzyć się w kadzidła uspokajające, wypiszę receptę. Na dwa, i absolutnie żadnych więcej.
Skoro miał skłonności do uzależnień, istniało spore zagrożenie, że popadnie z jednego w drugie, gdyby postanowił nadużywać z kolei takich środków.
Bulstrode pochyliła się nad torbą i wyciągnęła z niej pudełeczko. W środku znajdowały się eliksiry, każdy w swojej przegródce, każdy z etykietą na wieczku. Wybrała jeden z nich, wypełniony czymś czerwonym, a potem wyczarowała łyżkę, na którą przelała zawartość.
- Bardzo proszę, dwie łyżki – poinstruowała, podsuwając mu ją pod nos. Jedną, a potem drugą. – Geraldine, za dwie godziny będzie potrzebował kolejnych dwóch łyżek, a po kolejnych dwóch godzinach następnych. Jeśli spróbujecie powstrzymać się od… wyczerpujących aktywności fizycznych, picia, palenia i zażywania podejrzanych substancji, za jakąś dobę twój przyjaciel dojdzie do siebie. Niczego nie gwarantuję, jeżeli w ciągu najbliższych trzech dni znów sięgnie po granulat ze smoczego pazura – ostrzegła Bulstrode.
Ponownie uniosła różdżkę. Wyszeptała inkantację, ot by ułatwić sobie rzucenie czaru. Przez pomieszczenie przeszedł podmuch wiatru, który potem, posłuszny ruchowi ręki Florence, skierował się w stronę okna. Próbowała trochę skuteczniej tu przewietrzyć. Nie ze względu na własny nos, bo ona miała to szczęście, że zaraz stąd wyjdzie, ale z powodu dobra pacjenta. Może i nawykł do takich woni, ale był obecnie osłabiony przez utratę krwi i niedawne szaleństwa, zdaniem Florence więc powinien mieć zapewnione odpowiednie warunki.
- Tobie nic nie dolega? – spytała Yaxleyówny, a jej ton trochę złagodniał. Wobec znajomych Florence miała pewną słabość, a choć ona i Geraldine miały skrajnie różne charaktery, znała ją z Hogwartu z powstrzymywania przed przedwczesnym opuszczeniem skrzydła szpitalnego, gdy na siódmym roku Flo pomagała niekiedy szkolnej pielęgniarce.
- Nie, nie umrze pan – zapewniła niemalże uprzejmie, wzrokiem przebiegając po etykiecie, po czym oddała butelkę Geraldine. Zdołała nawet zachować kamienny wyraz twarzy, i kiedy ta wcześniej postanowiła się z niej znowu napić, i teraz, podając Yaxley alkohol z powrotem. – Od odstawienia smoczego pazura się nie umiera. Mogą wystąpić nieprzyjemne objawy somatyczne. Zapisałabym eliksir nasenny, ale jego podawanie w takim stanie nie jest wskazane. – I nie podziałałoby na kogoś, kto choruje na Nocną Marę, ale Florence nie robiła mu teraz w końcu pełnej diagnozy, nie wiedziała więc jeszcze, że Ollivander na tę chorobę cierpiał. – Warto zaopatrzyć się w kadzidła uspokajające, wypiszę receptę. Na dwa, i absolutnie żadnych więcej.
Skoro miał skłonności do uzależnień, istniało spore zagrożenie, że popadnie z jednego w drugie, gdyby postanowił nadużywać z kolei takich środków.
Bulstrode pochyliła się nad torbą i wyciągnęła z niej pudełeczko. W środku znajdowały się eliksiry, każdy w swojej przegródce, każdy z etykietą na wieczku. Wybrała jeden z nich, wypełniony czymś czerwonym, a potem wyczarowała łyżkę, na którą przelała zawartość.
- Bardzo proszę, dwie łyżki – poinstruowała, podsuwając mu ją pod nos. Jedną, a potem drugą. – Geraldine, za dwie godziny będzie potrzebował kolejnych dwóch łyżek, a po kolejnych dwóch godzinach następnych. Jeśli spróbujecie powstrzymać się od… wyczerpujących aktywności fizycznych, picia, palenia i zażywania podejrzanych substancji, za jakąś dobę twój przyjaciel dojdzie do siebie. Niczego nie gwarantuję, jeżeli w ciągu najbliższych trzech dni znów sięgnie po granulat ze smoczego pazura – ostrzegła Bulstrode.
Ponownie uniosła różdżkę. Wyszeptała inkantację, ot by ułatwić sobie rzucenie czaru. Przez pomieszczenie przeszedł podmuch wiatru, który potem, posłuszny ruchowi ręki Florence, skierował się w stronę okna. Próbowała trochę skuteczniej tu przewietrzyć. Nie ze względu na własny nos, bo ona miała to szczęście, że zaraz stąd wyjdzie, ale z powodu dobra pacjenta. Może i nawykł do takich woni, ale był obecnie osłabiony przez utratę krwi i niedawne szaleństwa, zdaniem Florence więc powinien mieć zapewnione odpowiednie warunki.
- Tobie nic nie dolega? – spytała Yaxleyówny, a jej ton trochę złagodniał. Wobec znajomych Florence miała pewną słabość, a choć ona i Geraldine miały skrajnie różne charaktery, znała ją z Hogwartu z powstrzymywania przed przedwczesnym opuszczeniem skrzydła szpitalnego, gdy na siódmym roku Flo pomagała niekiedy szkolnej pielęgniarce.