Lupin zamknął się sobie, gdy wytknięto mu wadę wymowy i zagryzł dolną wargę praktycznie do samej krwi, aby powstrzymać się od komentarza. Nie no... Milutko. Czyżby Dziurawy Kocioł zaczynał schodzić na psy? Chłopak odliczył w myślach do dziesięciu, jednak wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, aby wyczytać, że komentarz Dione mocno w niego uderzył.
— Niech będzie — rzucił sucho, kiwając głową w ramach akceptacji zawieszenia głowy. Pozwolił sobie jednak odpowiedzieć na komentarz odnośnie do tego, że nie ma sensu do niego zarywać. — Z-zyskuje p-przy b-bliższym s-spotkaniu. P-poza t-tym mogę z-założyć w-wyższe buty. — Na pewno miał jakieś o wyższej podeszwie. Albo mógłby je zaczarować. Z Transmutacją szło mu całkiem nieźle.
Po chwili zaczerwienił się z emocji. Już nigdy więcej nie będzie pił na mieście w towarzystwie ludzi ze szpitala. To była jakaś kompletna porażka! Znikąd pomocy, znikąd wsparcia! Czy to był już ten wiek, kiedy należało przerzucić się na domówki i picie na urodzinach w towarzystwie rodziny? Przerażające. Ciężko by było mu zaakceptować taki stan rzeczy. Aż się wzdrygnął, co przy okazji sprawiło, że zabolało go miejsce w które oberwał.
— T-to m-może j-jeszcze jakiś l-lód na to obicie, ż-żebym d-dalej b-był p-piękny i m-młody? — spytał Dione, uśmiechając się minimalnie.
Że niby laski lecą na kogoś takiego?, pomyślał, dotykając delikatnie swojej twarzy. Potrafił zrozumieć chęć znalezienie sobie chłopa w typie obrońcy, nawet jeśli nieco agresywnego, ale ten tutaj przekraczał granice. Widać było, że go roznosiło, a jedyna siła zdolna go powstrzymać stała tuż obok. Na szczęście jego siostra wydawała się być w nieco lepszym humorze. Cameron jednak zbaraniał, gdy usłyszał nazwisko swojej długowłosej przyjaciółki z jej ust. Spojrzenie zaszło mu mgłą kompletnego niezrozumienia, jakby informacja, że jego oprawca mógł mieć coś wspólnego z Rudą.
— M-m-może — mruknął niepewnie. Skrzywił się na gniewny wzrok Dione, jednak po chwili sarknął donośnie na jej kolejne słowa. — N-nie przypominam sobie, ż-ż-żebym w-widział j-ją ostatnio w j-jego towarzystwie. — Na szczęście Lupin miał na tyle dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy, że nie wspomniał o tym, że oprócz niego w okolicy Rudej kręci się jeszcze przynajmniej jeden gość, czyli Charles. To by go raczej nie uspokoiło. — C-chyba o t-tobie nie w-wspominała.
Przesunął się na bok, słuchając z cierpiętniczą miną wymiany zdań między rodzeństwem. Rzadko kiedy w pełni doceniał to, że Cecylka i Cedric mieli zupełnie inne charaktery od niego, ale teraz docierało do niego, jak zbawienne to było. Gdyby każde spór z siostrą w jego wykonaniu wyglądał jak ta „rozmowa” to rodzinna apteka pewnie szybko stałaby się świadkiem szarpanin, popchnięć i kilku zaklęć mających uprzykrzyć drugiej stronie życie.
— K-każdy zasługuje na sz-szacunek — przytaknął z nutą sarkazmu w głosie. — Nawet taki p-p-prostak, jak on. Kto wie, kiedy będziesz potrzebowała usług t-t-takiego agresora, który rzuca się na niewinnych, zmęczonych i lekko pijanych ludzi. — Westchnął przeciągle. — M-mogę dostać już ten l-lód, b-b-bardzo proszę?
Będzie musiał napisać do Heather. Przecież to było kompletnie irracjonalne. Człowiek sobie wychodzi kulturalnie się napić po pracy, a ląduje z obitą mordą przed barem. I to jeszcze z powodu jakiegoś zdjęcia... Właśnie. Zdjęcia. W oczach Camerona zawitało zrozumienie. Może chodziło o bal u Longbottomów? Tam im pstrykali zdjęcia ci wszyscy paparazzi. I wywiad. Oh. OH. Powoli nabierało to sensu.
Koniec końców chłopak postanowił przedwcześnie oddalić się z miejsca konfrontacji z Williamem i jego siostrą nim którekolwiek z całej trójki z nich wpadło na pomysł ponownego wymierzenia sobie jakiegoś ciosu. Cameron oddalił się, znikając gdzieś w bocznej uliczce, mamrocząc coś pod nosem o ''totalnym wariactwie''.