Sytuacja była wielce niezręczna i Gio zdawał sobie z tego sprawę. Miał pewne doświadczenie w odbywaniu niespodziewanych wizyt oraz we wręczaniu talonu na schronienie i ucieczkę od problemów. Niestety zawsze cięższe to było w przypadku osób, których nie znał. Nie wiedział, jak do nich podejść. Dlatego wolał przekazać pałeczkę Danielle, a przynajmniej na początek.
Uprzejmie przysłuchiwał się wymianie zdań kobiet. Rozmowa szybko przeszła do sedna. Pani Anna, tak jak przepowiedziała Danielle, zjedzona była przez strach, ale jednocześnie nie chciała narażać na niebezpieczeństwo innych. Jak dobrze to znał i rozumiał.
W końcu nadeszła kolej na niego. Czas uruchomić wszystkie pokłady swoich trzech kropek charyzmy.
— Pani Anno. — Przybrał niezwykle życzliwy, ale też rzeczowy ton głosu. Siedząc, pochylił się nieco w stronę kobiety pragnąc nawiązać kontakt wzrokowy. — Wszyscy zdajemy sobie sprawę z powagi obecnej sytuacji. Mało kto może czuć się bezpieczny. Ja, panna Danielle... a na ten moment pani i pani syn. — Chwila przerwy. — Jestem naukowcem i działaczem społecznym. Interesuję się niezwykłymi talentami czarodziejów i niezwykłymi istotami niebędącymi czarodziejami. Jeszcze przed Lordem Voldemortem wiele istnień skazanych było na wygnanie z powodu swojego pochodzenia, czy niezwykłego wyglądu. Dlatego stworzyłem specjalny azyl. Miejsce, o którego istnieniu wiem tylko ja i najbliższe mi osoby, zaś samej lokalizacji poza mieszkańcami nikt nie zna. I chciałbym panią zaprosić tam wraz z synem. Mamy wolne pokoje. Tam pani nikt nie znajdzie. Będzie mogła pani spokojnie przeczekać ten koszmar, a później wrócić do domu.
Zakończył. To był tylko wstęp. Gotowy był na wylewanie z siebie więcej argumentów obleczonych w kwieciste słowa. Ale czekał teraz na odpowiedź kobiety.