Czy zrobiłaby to ponownie? Czy znowu zagrałaby na tej nitce przeznaczenia i podeszła do nieszczęsnego i zagubionego Sauriela? Tak, zdecydowanie tak. Mimo gryzącego sumienia, mimo tego złudnego zakłopotania nie zmieniłaby tego, co wtedy zrobiła. Czuła się wtedy przydatna i mogła go wysłuchać bez zbędnego odzywania się. Avelina doceniała to, że mogła milczeć. Lubiła to robić i przy nim jej to nie przeszkadzało. Mogła poćwiczyć bycie kotem, mogła zwinąć się gdzieś u jego stóp i słuchać słów, na które nie musiała odpowiadać. To było bardzo przyjemne i uspokajające. Ta dziewczyna z pozoru niewinna unikała kontaktu z ludźmi nie dlatego, że była cnotliwa, wstydliwa i pruderyjna. Ona po prostu musiała mieć wszystko pod kontrolą, musiała wiedzieć, że dobrze odpowiedziała, że dobrze zagrała, że dobrze zareagowała, a w kontaktach z ludźmi wszystkie zmienne były niewiadome. Nawet jak trafiała na mężczyzn, którzy mogliby wejść w nią w relację bliższą niż przyjaźń ucinała ją szybko w zarodku, bo bała się braku kontroli.
Oparła łokieć na stole, a na dłoni podparła podbródek wpatrując się w niego uważnie, drgnęła tylko delikatnie, gdy niespodziewanie przesunął krzesło, ale nic nie powiedziała. Słuchała, a robiła to wyśmienicie. Na ustach zadrgał jej uśmiech, gdy wspomniał o komecie. Oh, tak. Komety były jebanymi samotnikami niszczącymi wszystko, co stanęło im na drodze.
— Komety przyciągane są przez słońce lub inne gwiazdy – zauważyła – a odnawiając znajomość z nim trafiasz na ludzi, którzy krążyli, gdzieś wokół was, a ich nie zauważałeś. – pauza – Istniałam obok, ale świetnie się chowałam – oparła drugi łokieć na blacie stołu i splotła dłonie pod brodą. Serce biło jej cholernie szybko jak zawsze, gdy miała do czynienia z ludźmi, jak zawsze, gdy musiała mówić. Czuła stres nie dlatego, że miała kontakt z przeklętym Rookwoodem, a dlatego, że musiała z nim rozmawiać.
Spuściła wzrok na trunek myśląc krótką chwilę nad jego słowami odnoszącymi się do kotów, które mają pecha. Ona miała pecha do jakichkolwiek ludzi i z łatwością potrafiła odrzucać istnienie wokół swojej orbity zostając samemu.
Niebezpieczny Sauriel. Takiego określenia dla niego jeszcze nie użyła nigdy, bo nie dał jej ku temu powodu, ale uparcie dążył do tego, aby tak o nim myślała. Upiła łyk whisky, która powoli jej się kończyła. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy, bo mówił prawdę.
— Tak – usadowiła się wygodniej na krześle, a serce biło szybciej. Chciałaby być teraz eterem, pustą przestrzenią między regałami w bibliotece, gdzie kłębił się kurz. – Tak, wysłałam ten list, aby poczuć się lepiej, ale co mogę zrobić? Czasu nie cofnę, dzisiaj zapewne bym tego nie zrobiła, ponieważ wiem, że nic to między nami nie zmienia. W tobie jedynie zasiało obawę przed tym, że ktoś może cię podsłuchiwać, ale nigdy nie miałam zamiaru zrobić z tym nic… złego. Ba! Nigdy nie sądziłam, że będę cię podsłuchiwać, Sauriel. – ostatnie zdanie wyszeptała czując, że zaschło jej nagle w gardle. Opróżniła szklankę i spojrzała mu w oczy. – Poczucie winy to kurwa. – założyła luźny kosmyk włosów za ucho, który wypadł z niesfornego koka. – A los to komik, który lubi tworzyć nam absurdalne ścieżki w życiu. Pozostaje jedno pytanie – pauza – co zrobisz z tym, że wiesz już kim bym Ten Czarny Kot?