Voldemort mógł stracić brew? Jak dla Gio to mógł stracić więcej. Nos na przykład.
— Nawet jeśli magia w pełni nie działa, to udało nam się jednak użyć kilku skutecznych czarów. Może uda nam się wyczarować chociażby bezcielesnego Patronusa. Niech każdy spróbuje chociaż tyle. Skupcie się na miłych wspomnieniach... — Co by tu zasugerować? Myślenie o bliskich mu pomagało, ale co jeśli tu obecni mieli członków rodziny rozproszonych gdzieś w tym zamęcie? A co jeśli nie mieli nikogo? Cóż mogło łączyć zebranych tu czarodziejów? Chyba była taka jedna rzecz. Hogwart. — Pomyślcie o Hogwarcie. O bezpiecznych murach. O słońcu przebijającym się przez kolorowe witraże. O gwarze uczniów biegnących na przerwę. O tym, jak największym zmartwieniem był esej na Historię Magii. O zachwycających świecach unoszących się pod sufitem Wielkiej Sali. O długich stołach pełnych przyjaciół i rywali. Wspólnym śpiewaniu pieśni szkoły na rozpoczęciu roku. I zapachu obiadu. Pieczonego kurczęcia, pasztecików dyniowych, ziemniaczków. I czekoladowego tortu na deser.
Czy to wystarczyło, by wspomóc towarzyszy broni? Sam również skupił się na tych ciepłych dniach Hogwartu i ponowił zaklęcie Patronusa dwa razy.
— Oczywiście, że nie — odpowiedział dziecku. — Najpierw chcę się upewnić, że wy będziecie bezpieczni, a potem wrócę... po nich. Teraz stój blisko mnie.
Pogłaskał dziecko po ramieniu.
— Ruszajmy.
Złapał za nosza i ruszył. Planował obrać drogę w las, która zdawała się najbezpieczniejsza. Cała sytuacja na nowo rozbudzała w nim pożar paniki.
[Rzut na Charyzmę — na przemowę, by wszystkim udało się mieć dobre myśli i być może udało im się rzucić Patronusa]
Sukces!
[Dwa rzuty na Kształtowanie Patronusa]
Akcja nieudana
Slaby sukces...