— Dobrze!
Zadanie wydawało się łatwe. Tylko wtedy zdałam sobie sprawę, że nie znam swojego adresu, a chłopak za nic nie spisze mojego nazwiska. No to mamy problem.
— Więc mój adres to... hm... Dolina Godryka... Hm... Macie tu może jakieś mapy? — Rozejrzałam się od razu chcąc być pomocna sama sobie, chociaż moje oczy wcale niczego nie szukały, a unikały spojrzeń przechodniów. — A nazwisko... Hm... Można pisać do Ariela Lovegooda, to mój... — No i znowu ta niemiła sytuacja, że nie wiem kim on dla mnie jest. — ...krewny. I mieszkamy razem...
Nie zdawałam sobie sprawy, że to trochę podejrzane z mojej strony ukrywać personalia.
A wtedy usłyszałam czarodziejów komentujących coś między sobą, ale dostatecznie głośno, że to usłyszałam.
— Kolejny poparzeniec z Beltane, biedna dziewczyna... Z taką twarzą...
Zmroziło mnie. Nie tylko przez względu na to, że ktoś zauważył moje blizny. Tylko na wyciągnięte wnioski.
— Ariel Lovegood, Dolina Godryka... A z resztą nie ważne, ja się zgłoszę, dziękuję... do widzenia... — wymamrotałam i pognałam spiesznym krokiem w stronę, która zdawała mi się wyjściem. Powstrzymując łzy błądziłam jednak po korytarzach jak wariatka, starając się wydawać, że dobrze wiem, co robię, by czasem mnie ktoś nie zatrzymał. Na szczęście stroje pracujących tu czarodziejów były dość różnorodne, więc aż tak nie rzucałam się w oczy... chociaż i tak się rzucałam. Jeszcze pewnie mnie zaaresztują... Eh, i na co ja się tu pchałam...