30.10.2022, 20:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2022, 01:01 przez Morgana le Fay.)
Czy w istocie nie była mu niczego winna? Tak, pamiętała te słowa, ale i też pamiętała obietnicę. Pamiętała, co nakładziono jej do głowy – że obowiązkiem żony jest dać mężowi potomka, czy tego chce czy nie.
Zatem zakładała, że prędzej czy później – choć tak naprawdę tego nie pragnęła – spełni swój obowiązek, jaki nakładały na nią społeczne konwenanse i oczekiwania rodziny. Niemniej to wciąż była sfera tego mitycznego „kiedyś”, nie zaś coś, co miało dziać się już-teraz-natychmiast.
Nie czuła się gotowa. Nie wiedziała, jak być matką – jej własna z pewnością nie była najlepszym wzorem do naśladowania, nie mówiąc już o ojcu. Jakaś część kobiety podpowiadała, że zbyt łatwo byłoby wejść w rolę własnych rodziców, zbyt łatwo skrzywdzić nową istotę. Bo jeśli chodziło o typową „obsługę”… to od tego mogła być służba, czyż nie? Do niej samej należałoby tylko donoszenie ciąży i wypchnięcie potomka na świat.
Ale i na to nie czuła się gotowa, przerażała ją wizja spuchnięcia niczym nadmuchiwany balon. Przerażała ją wizja tego, co działo się na końcu tej drogi.
Przerażało ją wszystko.
- Dziękuję – wyrzekła cicho, pozwalając, by w głosie wybrzmiała ta wdzięczność, którą poczuła. Choć była w tym sama – bo to w końcu to jednak JEJ ciało – to jednocześnie poczuła, że ma się na kim oprzeć. Że cokolwiek zdecyduje, to nie zostanie pozbawiona wsparcia.
- Spałeś coś w ogóle? – zmieniła temat, przerzucając uwagę na niego samego. Oczywiście że zauważyła, jak wyglądał. Tak, że pójście do pracy w takim stanie brzmiało co najmniej nierozsądnie.
Mam nadzieję, że się udławisz, głosił napis na wewnętrznej stronie filiżanki, tej samej, którą w końcu uniosła do ust. I jakoś tak po cichu miała nadzieję, że faktycznie się udławi – to by rozwiązało absolutnie wszystkie problemy.
Zatem zakładała, że prędzej czy później – choć tak naprawdę tego nie pragnęła – spełni swój obowiązek, jaki nakładały na nią społeczne konwenanse i oczekiwania rodziny. Niemniej to wciąż była sfera tego mitycznego „kiedyś”, nie zaś coś, co miało dziać się już-teraz-natychmiast.
Nie czuła się gotowa. Nie wiedziała, jak być matką – jej własna z pewnością nie była najlepszym wzorem do naśladowania, nie mówiąc już o ojcu. Jakaś część kobiety podpowiadała, że zbyt łatwo byłoby wejść w rolę własnych rodziców, zbyt łatwo skrzywdzić nową istotę. Bo jeśli chodziło o typową „obsługę”… to od tego mogła być służba, czyż nie? Do niej samej należałoby tylko donoszenie ciąży i wypchnięcie potomka na świat.
Ale i na to nie czuła się gotowa, przerażała ją wizja spuchnięcia niczym nadmuchiwany balon. Przerażała ją wizja tego, co działo się na końcu tej drogi.
Przerażało ją wszystko.
- Dziękuję – wyrzekła cicho, pozwalając, by w głosie wybrzmiała ta wdzięczność, którą poczuła. Choć była w tym sama – bo to w końcu to jednak JEJ ciało – to jednocześnie poczuła, że ma się na kim oprzeć. Że cokolwiek zdecyduje, to nie zostanie pozbawiona wsparcia.
- Spałeś coś w ogóle? – zmieniła temat, przerzucając uwagę na niego samego. Oczywiście że zauważyła, jak wyglądał. Tak, że pójście do pracy w takim stanie brzmiało co najmniej nierozsądnie.
Mam nadzieję, że się udławisz, głosił napis na wewnętrznej stronie filiżanki, tej samej, którą w końcu uniosła do ust. I jakoś tak po cichu miała nadzieję, że faktycznie się udławi – to by rozwiązało absolutnie wszystkie problemy.
280/1613