12.05.2023, 21:45 ✶
Chociaż Giovanni nie był najlepszym mówcą, jakiego mieliście szansę usłyszeć, jego słowa w pewnym stopniu trafiły do towarzyszącego wam czarodzieja. Machnął nawet ponownie swoją różdżką, ale wydobyła się z niej kolejna, niezbyt wyraźna mgiełka, później nic. Spojrzał na Urquarta z przepraszającą miną. Mugol wpatrywał się w was tylko z niedowierzaniem, z tak zapuchniętymi i czerwonymi oczyma, jakby wypłakał już z siebie wszystko, co mógł, chociaż detale tej sytuacji nie do końca do niego docierały.
- Wybaczcie, na nic się zdam – powiedział, nieumiejętnie ukrywając zażenowanie. Mugol szepnął coś do niego, on zaś poklepał go po plecach. – Ja ci obiecuję na wszystko, przyjacielu – rzekł do niego, dosyć cicho, ale wciąż słyszalnie – że po nią osobiście wrócę, ale wpierw nie zgińmy tu z nią. Przysięgę wieczystą bym ci złożył, ale... ty pewnie nawet nie wiesz, co to jest.
- M-moj-ja m-ma-ma p-po-szła z-z Pavlem p-ple-eść wianki – odpowiedziało dziecko. Nie wyjaśniło jednak, dlaczego zostało tutaj pozostawione przez matkę w samotności. Próbowało nie patrzeć, ale... trochę już na to wszystko było za późno – te obrazy utrwaliły się w jego głowie i nie chciały z niej uciec.
Z różdżki Giovanniego wydobyła się jasna poświata, która popędziła w stronę lasu, ale dopiero Amandzie udało się przywołać energię, która przybrałaby kształt jej zwierzęcia totemicznego. Puchata, jasna niczym księżyc owca wbiegła pomiędzy drzewa, przecierając wam szlak i wtedy zobaczyliście pary złotych ślepi, które na sam widok tego zaklęcia rozbiegły się na boki. Ci „ludzie” to na pewno nie byli ludzie – bo ludzi by to nie przeraziło, ludzi by to podbudowało na duchu jak was.
- Wcale mnie to nie zachęciło do... – zaczął czarodziej, ale szybko urwał – bez urazy – zwrócił się do Amandy. – Chodziło mi o te oczy jak coś.
- Robisz maślane oczy do tej panny, a taki z ciebie tchórz? W takim razie panie przodem, panno...? – Linda, trzymająca Amandę pod rękę, ruszyła przed siebie, ciągnąc ją w kierunku, w którym ta wypuściła swojego patronusa. – Gdyby to miała być zwykła rzeź, to by tu wysłał swoich naiwnych pachołków. Obawiam się, że Lord Voldemort postanowił zadrzeć z siłami, których nie rozumie.
Porzuciliście za sobą martwych i ruszyliście w stronę Doliny Godryka, prowadzeni przez świetlistego patronusa Amandy i bezkształtną mgłę Giovanniego. To nie była łatwa droga – z jednej strony, tam, gdzie znajdowała się „oficjalna” ścieżka, las płonął. Szliście więc po ściółce, w miejscach, gdzie drzewa rosły na tyle gęsto, aby niesienie noszy nie było szczególnie komfortowe. Nie była to jednak droga nie do przebycia, w końcu było to miejsce sabatów. Kilka świecących ozdób wciąż wisiało na niezajętych płomieniami koronach drzew, dając wam znać, że nie zabłądziliście w Kniei. Próbowaliście trzymać się okolic ścieżki, żeby nie zgubić się i nie stracić czasu – dla rannej czarownicy liczyła się przecież każda sekunda. Oddychała, ale ciężko. Przez kilka chwil wydawała z siebie jakieś mamrotanie, wywołane zapewne... to znaczy, mogliście gdybać, ale mieliście bardzo solidne podstawy do myślenia, że ona również to czuła – przerażenie wywołane obecnością tych czarnych sylwetek skrytych gdzieś daleko w lesie, śledzących was, wydających przy każdym ruchu dźwięku nietoperzych skrzydeł, chociaż nie leciały wcale, a jedynie sunęły. Wydawało wam się, że z każdym kolejnym metrem gubiły swoje kształty – raz były szersze, raz węższe. I nagle usłyszeliście śmiech Giovanniego. Nieco odważniejszy, szyderczy, ale nie zaśmiał się on.
Zaśmiał się las.
- Nie patrzcie w nie – powiedziała Linda. – Myślcie o czymś dobrym. – Wśród was znajdował się jednak ktoś, kto tego nie potrafił. Zobaczyliście, jak mugol wpatruje się w nicość i zatrzymuje.
- Nie wygłupiaj się, musimy iść – powiedział czarodziej, ciągnąc go za rękę.
- Ale ja... słyszałem jej głos.
- Wybaczcie, na nic się zdam – powiedział, nieumiejętnie ukrywając zażenowanie. Mugol szepnął coś do niego, on zaś poklepał go po plecach. – Ja ci obiecuję na wszystko, przyjacielu – rzekł do niego, dosyć cicho, ale wciąż słyszalnie – że po nią osobiście wrócę, ale wpierw nie zgińmy tu z nią. Przysięgę wieczystą bym ci złożył, ale... ty pewnie nawet nie wiesz, co to jest.
- M-moj-ja m-ma-ma p-po-szła z-z Pavlem p-ple-eść wianki – odpowiedziało dziecko. Nie wyjaśniło jednak, dlaczego zostało tutaj pozostawione przez matkę w samotności. Próbowało nie patrzeć, ale... trochę już na to wszystko było za późno – te obrazy utrwaliły się w jego głowie i nie chciały z niej uciec.
Z różdżki Giovanniego wydobyła się jasna poświata, która popędziła w stronę lasu, ale dopiero Amandzie udało się przywołać energię, która przybrałaby kształt jej zwierzęcia totemicznego. Puchata, jasna niczym księżyc owca wbiegła pomiędzy drzewa, przecierając wam szlak i wtedy zobaczyliście pary złotych ślepi, które na sam widok tego zaklęcia rozbiegły się na boki. Ci „ludzie” to na pewno nie byli ludzie – bo ludzi by to nie przeraziło, ludzi by to podbudowało na duchu jak was.
- Wcale mnie to nie zachęciło do... – zaczął czarodziej, ale szybko urwał – bez urazy – zwrócił się do Amandy. – Chodziło mi o te oczy jak coś.
- Robisz maślane oczy do tej panny, a taki z ciebie tchórz? W takim razie panie przodem, panno...? – Linda, trzymająca Amandę pod rękę, ruszyła przed siebie, ciągnąc ją w kierunku, w którym ta wypuściła swojego patronusa. – Gdyby to miała być zwykła rzeź, to by tu wysłał swoich naiwnych pachołków. Obawiam się, że Lord Voldemort postanowił zadrzeć z siłami, których nie rozumie.
Porzuciliście za sobą martwych i ruszyliście w stronę Doliny Godryka, prowadzeni przez świetlistego patronusa Amandy i bezkształtną mgłę Giovanniego. To nie była łatwa droga – z jednej strony, tam, gdzie znajdowała się „oficjalna” ścieżka, las płonął. Szliście więc po ściółce, w miejscach, gdzie drzewa rosły na tyle gęsto, aby niesienie noszy nie było szczególnie komfortowe. Nie była to jednak droga nie do przebycia, w końcu było to miejsce sabatów. Kilka świecących ozdób wciąż wisiało na niezajętych płomieniami koronach drzew, dając wam znać, że nie zabłądziliście w Kniei. Próbowaliście trzymać się okolic ścieżki, żeby nie zgubić się i nie stracić czasu – dla rannej czarownicy liczyła się przecież każda sekunda. Oddychała, ale ciężko. Przez kilka chwil wydawała z siebie jakieś mamrotanie, wywołane zapewne... to znaczy, mogliście gdybać, ale mieliście bardzo solidne podstawy do myślenia, że ona również to czuła – przerażenie wywołane obecnością tych czarnych sylwetek skrytych gdzieś daleko w lesie, śledzących was, wydających przy każdym ruchu dźwięku nietoperzych skrzydeł, chociaż nie leciały wcale, a jedynie sunęły. Wydawało wam się, że z każdym kolejnym metrem gubiły swoje kształty – raz były szersze, raz węższe. I nagle usłyszeliście śmiech Giovanniego. Nieco odważniejszy, szyderczy, ale nie zaśmiał się on.
Zaśmiał się las.
- Nie patrzcie w nie – powiedziała Linda. – Myślcie o czymś dobrym. – Wśród was znajdował się jednak ktoś, kto tego nie potrafił. Zobaczyliście, jak mugol wpatruje się w nicość i zatrzymuje.
- Nie wygłupiaj się, musimy iść – powiedział czarodziej, ciągnąc go za rękę.
- Ale ja... słyszałem jej głos.