17.05.2023, 21:13 ✶
Gdyby mógł słyszeć jej myśli, obruszyłby się na określenie go dobrym; Perseus bowiem nigdy nie uważał się za człowieka dobrego. Owszem, na próżno doszukiwać się w nim cech dręczyciela (pochodził z dobrze sytuowanej czystokrwistej rodziny z wielowiekową tradycją - znał swoją wartość, nawet jeśli ta w ostatnich latach wydawała się mniejsza w zakrzywionym zwierciadle postrzępionego umysłu i nie potrzebował dowodzenia jej poprzez okrucieństwo względem słabszych), lecz objawiała się w nim znacznie gorsza cecha, którą w ramach wykonywanego zawodu został zmuszony pielęgnować - zobojętnienie na świat zewnętrzny. Należy tu także zauważyć, że okres, w którym poznał małą Avelinę Paxton, nie był dla Blacka szczególnie łaskawy; zbliżały się egzaminy zwienczające całą jego naukę w Hogwarcie, a relacja z najbliższym przyjacielem wisiała na włosku przez jego związek, nieudany zresztą, z czarownicą, której Elliott nie cierpiał. Były to problemy, z którymi jako nastolatek u progu dorosłości poradzić sobie nie mógł, dlatego też zbudował wokół siebie mur z książek i studiował je wszystkie, strona po stronie, skupiając się na zawartych w nich definicjach, bo tylko one były w stanie uspokoić jego myśli. Wtedy właśnie zjawiła się ta drobna, sprawiająca wrażenie zahukanej istota, która siadała naprzeciwko niego w bibliotece i nie mówiła nic. O czym zresztą mogliby rozmawiać? Dzieliła ich przepaść nie do pokonania w postaci różnicy wieku, pochodzenia oraz poglądów, w jakich zostali wychowani. Z perspektywy czasu uważał to za śmieszne, ale młodość ma do siebie to, że jest się przekonanym o nieomylności własnych osądów.
Niezaprzeczalnie jednak przyzwyczaił się do Aveliny - przywiązał - i teraz ryzykował swym wątpliwym zdrowiem, by wyprowadzić ją z centrum tego chaosu. Czując jej dłonie na swoich nadgarstkach odsunął się od niej nieznacznie, jednak wciąż przyglądał się jej uważnie.
— Ale jesteś w stanie iść? — zapytał z obawą; zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie jej nieść na rękach. — Dobrze, dobrze, pójdziemy na Pokątną.
Wypuścił ją, obserwując jak walczy z kolejnym atakiem kaszlu. To raczej nic poważnego, pomyślał, starając się uspokoić samego siebie. Dziewczyna była tylko trochę poturbowana i jeszcze wszędzie ten drażniący dym wdzierający się w płuca, ale nic poza tym. To dobrze, był przecież za nią odpowiedzialny.
Z zamyślenia wyrwał go jej dotyk; wówczas splótł swoje palce z palcami Aveliny i pozwolił się prowadzić, a gdy opuściła ją pewność siebie sam przejął inicjatywę.
— To zejście na Nokturn — krzyknął nad jej uchem, bowiem w zamieszaniu ciężko było o porozumiewanie się w inny sposób — Trzymaj się blisko mnie.
Objął ją ramieniem i przycisnął do siebie w taki sposób, by mijani przez nich czarodzieje - czarnoksiężnicy - nie byli w stanie dostrzec twarzy panny Paxton. Owiana złą sławą ulica była tego dnia wyjątkowo spokojna; domyślił się, że część szumowin, będących stałymi bywalcami tutejszych zaułków, prawdopodobnie bierze udział w zamieszkach. Z kilkoma z nich wymienił milczące pozdrowienia, większość jednak podejrzliwie odprowadzała go wzrokiem. Mieli właściwie wielkie szczęście, że nikt ich nie zaczepił. Wreszcie, po mozolnej wędrówce, która wydawała mu się całą wiecznością, atmosfera zaczęła się zmieniać, a oni dotarli na ulicę Pokątną. Wówczas oddał stery Avelinie, która wiedziała w którym miejscu dokładnie znajduje się jej bezpieczna przystań. Samo "sklep z eliksirami" niewiele mu mówił; od czterech lat w Londynie bywał tylko gościem, interesy zamykały się i otwierały, budynki zmieniały fasady, ludzie wyjeżdżali i na ich miejsce sprowadzali się nowi.
Przynajmniej najgorsze za nimi.
Niezaprzeczalnie jednak przyzwyczaił się do Aveliny - przywiązał - i teraz ryzykował swym wątpliwym zdrowiem, by wyprowadzić ją z centrum tego chaosu. Czując jej dłonie na swoich nadgarstkach odsunął się od niej nieznacznie, jednak wciąż przyglądał się jej uważnie.
— Ale jesteś w stanie iść? — zapytał z obawą; zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie jej nieść na rękach. — Dobrze, dobrze, pójdziemy na Pokątną.
Wypuścił ją, obserwując jak walczy z kolejnym atakiem kaszlu. To raczej nic poważnego, pomyślał, starając się uspokoić samego siebie. Dziewczyna była tylko trochę poturbowana i jeszcze wszędzie ten drażniący dym wdzierający się w płuca, ale nic poza tym. To dobrze, był przecież za nią odpowiedzialny.
Z zamyślenia wyrwał go jej dotyk; wówczas splótł swoje palce z palcami Aveliny i pozwolił się prowadzić, a gdy opuściła ją pewność siebie sam przejął inicjatywę.
— To zejście na Nokturn — krzyknął nad jej uchem, bowiem w zamieszaniu ciężko było o porozumiewanie się w inny sposób — Trzymaj się blisko mnie.
Objął ją ramieniem i przycisnął do siebie w taki sposób, by mijani przez nich czarodzieje - czarnoksiężnicy - nie byli w stanie dostrzec twarzy panny Paxton. Owiana złą sławą ulica była tego dnia wyjątkowo spokojna; domyślił się, że część szumowin, będących stałymi bywalcami tutejszych zaułków, prawdopodobnie bierze udział w zamieszkach. Z kilkoma z nich wymienił milczące pozdrowienia, większość jednak podejrzliwie odprowadzała go wzrokiem. Mieli właściwie wielkie szczęście, że nikt ich nie zaczepił. Wreszcie, po mozolnej wędrówce, która wydawała mu się całą wiecznością, atmosfera zaczęła się zmieniać, a oni dotarli na ulicę Pokątną. Wówczas oddał stery Avelinie, która wiedziała w którym miejscu dokładnie znajduje się jej bezpieczna przystań. Samo "sklep z eliksirami" niewiele mu mówił; od czterech lat w Londynie bywał tylko gościem, interesy zamykały się i otwierały, budynki zmieniały fasady, ludzie wyjeżdżali i na ich miejsce sprowadzali się nowi.
Przynajmniej najgorsze za nimi.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory