13.05.2023, 22:21 ✶
Najważniejsze było próbować. Rezygnowanie z czegoś, czego się nie znało, a przecież mogło się polubić, wydawało się jej głupie. Nie mogła pozwolić na takie marnotrawstwo życia. Na jego wzruszenie ramion, wbiła w niego zaskoczony wzrok i subtelnie rozchyliła usta, udając wielce oburzoną. Miał rację, ale nie mogła wyjść przecież na tak miękką i słabą w jego oczach, że by się tym zgodziła bez walki. - Dobrze, dobrze.. Poćwiczę wspinaczkę. - zarządziła pewnie, krzyżując na chwilę ręce pod biustem. - Ah tak? Jak wiele ukrytych talentów jeszcze masz? - zapytała z nutą kokieterii w głosie, nie mogąc się powstrzymać, bo w sumie mało kiedy był wobec niej — tak bezpośrednio śmiały.
- Wiśnie poza tym, że są pyszne, oznaczają w tych stronach też nieskończoność. Nie wiem, czy tak samo jest wszędzie, ale to sprawia, że kojarzą mi się z gwiazdami i planetami, bo one też takie są. - nie mogła powstrzymać się przed ujawnieniem mu kolejnego powodu, dla którego ceniła sobie nadające się na kolczyki owoce. Miały więcej charakteru niż truskawki. Zrobienie nalewki wiśniowej byłoby czymś wartym spróbowania, chociaż pewnie uzależniającym, przynajmniej dla fanów słodko-kwaśnych smaków.
Zawsze była dość ekspresyjna, mocno korzystała z gestów i mimiki twarzy, aby pokazać dokładnie, o co jej chodziło i teraz nie mogło być inaczej. Chciała się odezwać i znów zaprotestować, chociaż jednocześnie zgodzić się z jego słowami o przeszkadzaniu, ale skierował na nią palec i kontynuował. Spojrzała więc mu bezpośrednio w oczy, unosząc na kilku sekund brwi, jakby wcale nie miał racji. - Rozpraszałabym Cię swoim gadaniem? Mogłabym się przecież nie odzywać, byłabym cichutko, jak mysz pod miotłą i byś zapomniał, że tam jestem. - zaczęła z delikatnym wzruszeniem ramion, jakby była to dla niej najłatwiejsza rzecz na świecie i widocznie próbując go przekonać. Gdy wspomniał o udowadnianiu jej czegokolwiek, a potem, że miałaby sobie sama coś wybrać, przekręciła głowę na bok. - Usiłujesz mnie przekupić, żebym dała Ci spokój? - zapytała z poważną przez chwilę twarzą. Westchnęła i w ułamku sekund znalazła się naprzeciw niego, stając dość blisko i pozwalając sobie odchylić się nieco do tyłu, aby było jej wygodnie na niego spojrzeć. - To tak nie działa. Jeśli mam coś od Ciebie dostać, to chciałabym, żebyś sam coś wybrał. Zaskocz mnie.- oznajmiła mu, zanim jej twarz nieco złagodniała i uśmiechnęła się szeroko. - Naprawdę byś zrobił? - dodała jeszcze, spoglądając na rzemyk, na którym zawiesił palce. Uwielbiała fakt, że go nosił i nawet nie byłaby w stanie tego ukryć, bo jej twarz mówiła absolutnie wszystko.
Nie znając się zupełnie na kunszcie kowalstwa, wiedziała, że zauważy tę podstawową różnicę — rzeczy, które on wytwarzał, były znacznie przydatniejsze niż to, co tworzono tutaj. Może poza papierośnicami lub biżuterią, chociaż ozdobne sztylety były popularnymi prezentami ojców dla synów. Halabardy kurzyły się jednak na ścianach.
Miał duże i ładne dłonie, chociaż nie powiedziała mu tego na głos, palcami przesuwając po kostkach. Przyzwyczaiła się, że nie był zbyt otwartym człowiekiem, więc na jego słowa nie mogła zrobić niczego innego, jak przytaknąć. - Faktycznie, mogłam zapytać.
O wiele rzeczy go jeszcze nie pytała, bo nie było okazji lub uznawała, że kiedyś może sam jej powie. Spojrzała na szablę, spojrzała na niego i znów usłyszała w głowie sposób, w który wypowiadał jej imię. - Nie lubię, jak ktoś nie kończy tego, co zaczął mówić. - zauważyła z błyskiem w oczach, bo sam jej kiedyś tak powiedział. - W porządku, zostawimy to na kiedy indziej.
To, że odpuściła tym razem, wcale nie znaczyło, że nigdy go nie namówi do małego pojedynku z użyciem jakieś broni. Byłoby to interesujące doświadczenie, podobnie zresztą, jak nauka boksu. Dostrzegła jakiś cień na jego twarzy, ciemniejszą iskrę w odmętach zwykle jasnego błękitu, wypuszczając z dłoni broń do ręki Savasa, a palce drugiej zacisnęła delikatnie na jego dłoni, zanim ją puściła. Bo co innego mogła zrobić?
Na szczęście zawsze słuchała tego, co do niej mówił i go obserwowała, więc nie musiał obawiać się obiadu bez udziału swojego ulubionego składnika. Nawet jeśli ona go nie jadała, nie miała problemu z tym że robił to ktoś inny. Zdarzały się chwile, że nawet zjadła trochę ryby, ale trudno było rybę uznać jej za zwierzę tej samej kategorii, co łaciata krowa.
- Hmm? - ściągnęła brwi zaskoczona, gdy pozbawił ją koszyka, który dopiero co wzięła, posyłając mu pytające spojrzenie. Nim zdążyła się w ogóle zbulwersować i zareagować, skończyła jak worek kartofli. Przeraźliwie lekki i poręczny, bo miała wrażenie, że pomimo swojego wzrostu i wagi, to zupełnie nie stanowi dla niego ciężaru. - Zwariowałeś? - zapytała tylko przez śmiech, a potem posłała bezradne spojrzenie zaskoczonemu koledze, bo co ona mogła niby zrobić. - Nie rób takiej miny, jest silniejszy ode mnie. Przecież go nie pobiję. Wyślę Ci wino sową, pozdrów mamę.
Gdy ją podrzucił, złapała się mocniej jego pleców, komentując coś pod nosem z niedowierzaniem. Był chyba jedyną osobą na świecie poza jej ojcem, której dała się bez wbicia mu pięści w żebra podnieść, chyba przez sytuację w czerwcu, gdy o mało nie usnęła na jego plecach. - Cóż, jedni zostają przyjaciółmi, inni kochankami, a ja zostałam Twoim workiem ziemniaków. Jak unikalne! Przyzwyczaję się do tego, że mnie tak nosisz i będziesz miał mnie dość szybciej, niż zakładałeś.
Zauważyła rozbawiona, gdy odstawił ją na ziemie i poprawiła bluzkę oraz kitkę, wciąż mając subtelnie zaróżowione policzki. Od ciepła, śmiechu i chyba trochę zawstydzenia, ale z tego ostatniego byłaby w stanie się wykręcić. - Teraz zabieram Cię na turecką, mięsną ucztę. Pewnie straciłeś mnóstwo sił na tym porwaniu. Zapraszam tędy, proszę Pana.
Wyciągnęła w jego stronę dłoń i chociaż przez chwilę nawet myślała, czy nie zobaczyć, co zrobi, nie mogła się znów powstrzymać. Zacisnęła palce na jego dłoni i pociągnęła go w prawo, zabierając mu wcześniej z drugiej ręki koszyk.
- To tylko dwie alejki dalej. Miniemy sklep z fajkami, jeśli chcesz, to możemy wejść coś kupić na wieczór po obiedzie. - wskazała ruchem głowy na wyłaniający się zza rogu szyld sklepu z czerwoną wystawą, na której leżały rozmaite papierosy, tytonie i wkłady do fajek, które były tu dość popularne. Wybierała specjalnie drogę w cieniu budynków oraz materiałowych daszków, aby było mu łatwiej. I chociaż mijanych ludzi, którzy sporadycznie się z nią witali, mógł dziwić widok, jak swobodnie się z nim zachowywała i w ogóle była z kimś innym, niż Mara, ale Pandorze w ogóle to nie przeszkadzało. - To restauracyjka rodziny mojej przyjaciółki. Zmarła kilka lat temu, ale pracuje tam jej brat i matka. Ojciec pracuje u mojego ojca i często go nie ma. Mówią trochę po angielsku, mogą Cię zasypywać pytaniami.
Uprzedziła, zanim wciągnęła go na schodki prowadzące do narożnej, niewielkiej knajpy. Miała wysoki sufit, wewnątrz było chłodno oraz beżowo, tkwiło tu mnóstwo roślin oraz powieszonych na ścianach kandelabrów. Stoliki były szklane i okrągłe, do każdego dostawione były drewniane krzesła. W izbie roznosił się zapach pieczonego mięsa oraz przypraw, a poza nimi, przy stoliku tkwiły tylko dwie starsze Turczynki, debatując nad czymś żywo. Pandora, zamiast wołać zadzwoniła niewielkim dzwoneczkiem na ladzie, a z kuchni wyszła ubrana w biały fartuch kobieta w średnim wieku, której ciemne włosy przeplatała siwizna.
- Już myślałam, że zapomniałaś o nas! Wróciłaś z Londynu? Oh, dzień dobry, dzień dobry kochanieńki .- wyszła zza lady, obejmując twarz brunetki rękoma, całując ją w czoło, a Hjalmara uszczypała w policzek niczym stara, dobra ciotka. - Gorąco dziś, siadajcie. Zaraz wam podam coś dobrego do picia. Chcecie raki, piwa, jakieś lemoniady dzieciaczki?
- Oczywiście, że nie zapomniałam! Ostatnio byłam.. Zajęta. - wzruszyła ramionami, posyłając kobiecie zakłopotany uśmiech, a na przywitanie zmrużyła tylko oczy. - Na co masz ochotę?
Zapytała swojego towarzysza, sugerując tym samym, aby wybrał napoje. Gdy to zrobił, pociągnęła go do jednego ze stolików. Zsunęła plecak z ramion oraz odstawiła na parapet wiklinowy koszyk, zajmując miejsce. Złapała za stojącą na stoliku świece w pomarańczowym kolorze, przysuwając ją do nosa i uśmiechnęła się na znajomy aromat. - Pomarańcza. - oznajmiła, podsuwając trochę przedmiot w jego stronę, a potem wstała i wyciągnęła dłonie, wspinając się na palce, aby odpalić ją od jednej ze świec przy ścianie. Gdy wróciła na miejsce, ustawiając ją na środku stolika, wbiła w niego wzrok i chciała się odezwać, ale przyszła cioteczka z tacką z napojami, rozkładając przed nimi zimne szklanki oraz butelkę lub dzbanek — w zależności, co wybrał.
- Co wam podać? Pandorko, dla Ciebie co zawsze?
- Tak, poproszę. Jeśli chodzi o Hjalmara, chciałabym wszystkie rodzaje kebaba po trochu i te wszystkie dodatki, które do niego macie. Nie wiem, który będzie mu smakował, a przypuszczam, że wymęczyła go podróż i słońce. - odpowiedziała jej pogodnie, nie bardzo znając się po prostu na tym, jak zamówić mięsną potrawę i czym te wszystkie rodzaje przygotowanej przez nich baraniny oraz drobiu się różniły.
- Zaraz wszystko przygotuje. Gdybyście czegoś potrzebowali, przyjdź do kuchni i nie wygłupiaj się z tym dzwonieniem, dziecko.
Pandora odprowadziła ją wzrokiem, a potem podsunęła krzesło nieco bliżej stolika, zakładając nogę na nogę i siadając wygodnie. Wlepiła w niego brązowe oczy, mając odrobinę przepraszające spojrzenie, bo wiedziała, jak duży musiał czuć dyskomfort przez to, jak wszyscy go tu traktowali przez to, że był z nią.
- Wiśnie poza tym, że są pyszne, oznaczają w tych stronach też nieskończoność. Nie wiem, czy tak samo jest wszędzie, ale to sprawia, że kojarzą mi się z gwiazdami i planetami, bo one też takie są. - nie mogła powstrzymać się przed ujawnieniem mu kolejnego powodu, dla którego ceniła sobie nadające się na kolczyki owoce. Miały więcej charakteru niż truskawki. Zrobienie nalewki wiśniowej byłoby czymś wartym spróbowania, chociaż pewnie uzależniającym, przynajmniej dla fanów słodko-kwaśnych smaków.
Zawsze była dość ekspresyjna, mocno korzystała z gestów i mimiki twarzy, aby pokazać dokładnie, o co jej chodziło i teraz nie mogło być inaczej. Chciała się odezwać i znów zaprotestować, chociaż jednocześnie zgodzić się z jego słowami o przeszkadzaniu, ale skierował na nią palec i kontynuował. Spojrzała więc mu bezpośrednio w oczy, unosząc na kilku sekund brwi, jakby wcale nie miał racji. - Rozpraszałabym Cię swoim gadaniem? Mogłabym się przecież nie odzywać, byłabym cichutko, jak mysz pod miotłą i byś zapomniał, że tam jestem. - zaczęła z delikatnym wzruszeniem ramion, jakby była to dla niej najłatwiejsza rzecz na świecie i widocznie próbując go przekonać. Gdy wspomniał o udowadnianiu jej czegokolwiek, a potem, że miałaby sobie sama coś wybrać, przekręciła głowę na bok. - Usiłujesz mnie przekupić, żebym dała Ci spokój? - zapytała z poważną przez chwilę twarzą. Westchnęła i w ułamku sekund znalazła się naprzeciw niego, stając dość blisko i pozwalając sobie odchylić się nieco do tyłu, aby było jej wygodnie na niego spojrzeć. - To tak nie działa. Jeśli mam coś od Ciebie dostać, to chciałabym, żebyś sam coś wybrał. Zaskocz mnie.- oznajmiła mu, zanim jej twarz nieco złagodniała i uśmiechnęła się szeroko. - Naprawdę byś zrobił? - dodała jeszcze, spoglądając na rzemyk, na którym zawiesił palce. Uwielbiała fakt, że go nosił i nawet nie byłaby w stanie tego ukryć, bo jej twarz mówiła absolutnie wszystko.
Nie znając się zupełnie na kunszcie kowalstwa, wiedziała, że zauważy tę podstawową różnicę — rzeczy, które on wytwarzał, były znacznie przydatniejsze niż to, co tworzono tutaj. Może poza papierośnicami lub biżuterią, chociaż ozdobne sztylety były popularnymi prezentami ojców dla synów. Halabardy kurzyły się jednak na ścianach.
Miał duże i ładne dłonie, chociaż nie powiedziała mu tego na głos, palcami przesuwając po kostkach. Przyzwyczaiła się, że nie był zbyt otwartym człowiekiem, więc na jego słowa nie mogła zrobić niczego innego, jak przytaknąć. - Faktycznie, mogłam zapytać.
O wiele rzeczy go jeszcze nie pytała, bo nie było okazji lub uznawała, że kiedyś może sam jej powie. Spojrzała na szablę, spojrzała na niego i znów usłyszała w głowie sposób, w który wypowiadał jej imię. - Nie lubię, jak ktoś nie kończy tego, co zaczął mówić. - zauważyła z błyskiem w oczach, bo sam jej kiedyś tak powiedział. - W porządku, zostawimy to na kiedy indziej.
To, że odpuściła tym razem, wcale nie znaczyło, że nigdy go nie namówi do małego pojedynku z użyciem jakieś broni. Byłoby to interesujące doświadczenie, podobnie zresztą, jak nauka boksu. Dostrzegła jakiś cień na jego twarzy, ciemniejszą iskrę w odmętach zwykle jasnego błękitu, wypuszczając z dłoni broń do ręki Savasa, a palce drugiej zacisnęła delikatnie na jego dłoni, zanim ją puściła. Bo co innego mogła zrobić?
Na szczęście zawsze słuchała tego, co do niej mówił i go obserwowała, więc nie musiał obawiać się obiadu bez udziału swojego ulubionego składnika. Nawet jeśli ona go nie jadała, nie miała problemu z tym że robił to ktoś inny. Zdarzały się chwile, że nawet zjadła trochę ryby, ale trudno było rybę uznać jej za zwierzę tej samej kategorii, co łaciata krowa.
- Hmm? - ściągnęła brwi zaskoczona, gdy pozbawił ją koszyka, który dopiero co wzięła, posyłając mu pytające spojrzenie. Nim zdążyła się w ogóle zbulwersować i zareagować, skończyła jak worek kartofli. Przeraźliwie lekki i poręczny, bo miała wrażenie, że pomimo swojego wzrostu i wagi, to zupełnie nie stanowi dla niego ciężaru. - Zwariowałeś? - zapytała tylko przez śmiech, a potem posłała bezradne spojrzenie zaskoczonemu koledze, bo co ona mogła niby zrobić. - Nie rób takiej miny, jest silniejszy ode mnie. Przecież go nie pobiję. Wyślę Ci wino sową, pozdrów mamę.
Gdy ją podrzucił, złapała się mocniej jego pleców, komentując coś pod nosem z niedowierzaniem. Był chyba jedyną osobą na świecie poza jej ojcem, której dała się bez wbicia mu pięści w żebra podnieść, chyba przez sytuację w czerwcu, gdy o mało nie usnęła na jego plecach. - Cóż, jedni zostają przyjaciółmi, inni kochankami, a ja zostałam Twoim workiem ziemniaków. Jak unikalne! Przyzwyczaję się do tego, że mnie tak nosisz i będziesz miał mnie dość szybciej, niż zakładałeś.
Zauważyła rozbawiona, gdy odstawił ją na ziemie i poprawiła bluzkę oraz kitkę, wciąż mając subtelnie zaróżowione policzki. Od ciepła, śmiechu i chyba trochę zawstydzenia, ale z tego ostatniego byłaby w stanie się wykręcić. - Teraz zabieram Cię na turecką, mięsną ucztę. Pewnie straciłeś mnóstwo sił na tym porwaniu. Zapraszam tędy, proszę Pana.
Wyciągnęła w jego stronę dłoń i chociaż przez chwilę nawet myślała, czy nie zobaczyć, co zrobi, nie mogła się znów powstrzymać. Zacisnęła palce na jego dłoni i pociągnęła go w prawo, zabierając mu wcześniej z drugiej ręki koszyk.
- To tylko dwie alejki dalej. Miniemy sklep z fajkami, jeśli chcesz, to możemy wejść coś kupić na wieczór po obiedzie. - wskazała ruchem głowy na wyłaniający się zza rogu szyld sklepu z czerwoną wystawą, na której leżały rozmaite papierosy, tytonie i wkłady do fajek, które były tu dość popularne. Wybierała specjalnie drogę w cieniu budynków oraz materiałowych daszków, aby było mu łatwiej. I chociaż mijanych ludzi, którzy sporadycznie się z nią witali, mógł dziwić widok, jak swobodnie się z nim zachowywała i w ogóle była z kimś innym, niż Mara, ale Pandorze w ogóle to nie przeszkadzało. - To restauracyjka rodziny mojej przyjaciółki. Zmarła kilka lat temu, ale pracuje tam jej brat i matka. Ojciec pracuje u mojego ojca i często go nie ma. Mówią trochę po angielsku, mogą Cię zasypywać pytaniami.
Uprzedziła, zanim wciągnęła go na schodki prowadzące do narożnej, niewielkiej knajpy. Miała wysoki sufit, wewnątrz było chłodno oraz beżowo, tkwiło tu mnóstwo roślin oraz powieszonych na ścianach kandelabrów. Stoliki były szklane i okrągłe, do każdego dostawione były drewniane krzesła. W izbie roznosił się zapach pieczonego mięsa oraz przypraw, a poza nimi, przy stoliku tkwiły tylko dwie starsze Turczynki, debatując nad czymś żywo. Pandora, zamiast wołać zadzwoniła niewielkim dzwoneczkiem na ladzie, a z kuchni wyszła ubrana w biały fartuch kobieta w średnim wieku, której ciemne włosy przeplatała siwizna.
- Już myślałam, że zapomniałaś o nas! Wróciłaś z Londynu? Oh, dzień dobry, dzień dobry kochanieńki .- wyszła zza lady, obejmując twarz brunetki rękoma, całując ją w czoło, a Hjalmara uszczypała w policzek niczym stara, dobra ciotka. - Gorąco dziś, siadajcie. Zaraz wam podam coś dobrego do picia. Chcecie raki, piwa, jakieś lemoniady dzieciaczki?
- Oczywiście, że nie zapomniałam! Ostatnio byłam.. Zajęta. - wzruszyła ramionami, posyłając kobiecie zakłopotany uśmiech, a na przywitanie zmrużyła tylko oczy. - Na co masz ochotę?
Zapytała swojego towarzysza, sugerując tym samym, aby wybrał napoje. Gdy to zrobił, pociągnęła go do jednego ze stolików. Zsunęła plecak z ramion oraz odstawiła na parapet wiklinowy koszyk, zajmując miejsce. Złapała za stojącą na stoliku świece w pomarańczowym kolorze, przysuwając ją do nosa i uśmiechnęła się na znajomy aromat. - Pomarańcza. - oznajmiła, podsuwając trochę przedmiot w jego stronę, a potem wstała i wyciągnęła dłonie, wspinając się na palce, aby odpalić ją od jednej ze świec przy ścianie. Gdy wróciła na miejsce, ustawiając ją na środku stolika, wbiła w niego wzrok i chciała się odezwać, ale przyszła cioteczka z tacką z napojami, rozkładając przed nimi zimne szklanki oraz butelkę lub dzbanek — w zależności, co wybrał.
- Co wam podać? Pandorko, dla Ciebie co zawsze?
- Tak, poproszę. Jeśli chodzi o Hjalmara, chciałabym wszystkie rodzaje kebaba po trochu i te wszystkie dodatki, które do niego macie. Nie wiem, który będzie mu smakował, a przypuszczam, że wymęczyła go podróż i słońce. - odpowiedziała jej pogodnie, nie bardzo znając się po prostu na tym, jak zamówić mięsną potrawę i czym te wszystkie rodzaje przygotowanej przez nich baraniny oraz drobiu się różniły.
- Zaraz wszystko przygotuje. Gdybyście czegoś potrzebowali, przyjdź do kuchni i nie wygłupiaj się z tym dzwonieniem, dziecko.
Pandora odprowadziła ją wzrokiem, a potem podsunęła krzesło nieco bliżej stolika, zakładając nogę na nogę i siadając wygodnie. Wlepiła w niego brązowe oczy, mając odrobinę przepraszające spojrzenie, bo wiedziała, jak duży musiał czuć dyskomfort przez to, jak wszyscy go tu traktowali przez to, że był z nią.