Potężny patronus to nie był, ale zawsze coś. Na szczęście Amandzie udało się lepiej. Gio chwycił nosza wraz z Fergusem i ruszył w las za Patronusem.
Chociaż skupiał się na dobrych myślach i na błękitnych poświatach, ciężko było nie trwożyć się z powodu obecności mrocznych istot unoszących się wokół. Linda kazała się na nie nie patrzeć, tak więc zrobił. Myśleć o czymś dobrym? Może powinien coś zaśpiewać?
— W leśnym gąszczu wśród prastarych drzew
Gdzie dąb wzrasta i kaliny krzew
Lśni polana słychać drewien trzask
...Iskier wulkan ognia ciepły blask — ostatni wers wymamrotał cicho do siebie. Nie, to nie była dobra piosenka. Odchrząknął.
— Gdybym miał gitarę,
To bym na niej grał.
Opowiedziałbym o swej miłości,
Którą przeżyłem sam... Proszę pana, nie możemy się zatrzymywać, to niebezpieczne. — Przerwał, by odezwać się do mugola, a następnie skierował kolejne zdanie do czarodzieja ciągnącego go za rękę. — Proszę go zaciągnąć, nawet z użyciem siły, nie mamy czasu do stracenia.
Sam niestety nie mógł nic zdziałać, gdyż trzymał nosza. Mogli je magicznie transportować. Mogli. Ale znając szczęście zakończyliby tym życie kobiety.
— A wszystko te czarne oczy,
Gdybym ja je miał…
Za te czarne, cudne oczęta
Serce, dusze bym dał.