Dobrze znał posyłane mu pełne zachwytu spojrzenia i entuzjastyczne gesty. Nic tak nie łechtało jego ego jak właśnie tego typu rzeczy. Był najlepszy i czuł się lepszy od innych, zwłaszcza od wielu sportowców i byłych gwiazd Quidditcha. Dla przykładu tego skończonego buca Louvaina Lestrange'a, za którego było już za późno na jakąkolwiek pomoc. W pełni zasłużenie. Przywykł do tego, że wielu ludzi zbyt długo ściska jego dłoń. Zaśmiał się wesoło, gdy podopieczny matki przedstawił mu się ponownie, zupełnie nieświadom tego, że kobieta już ich sobie przedstawiła.
— Och! Oglądałeś ten mecz! To wspaniale! Jak zawsze daję z siebie wszystko, inaczej nie byłbym najlepszym szukającym Zjednoczonych. — Zawołał entuzjastycznie, nie przestając się uśmiechać. Na próżno by szukać u niego choćby fałszywej skromności. Nie było jednak tak, że uciekał się do stosowania czczych przechwałek.
Prywatnie to bardzo nie lubił grać przeciwko Jastrzębiom, którzy słynęli z brutalnej gry. Quidditch nigdy nie był w pełni bezpiecznym sportem, ale podczas meczu przeciwko tej konkretnej drużynie należało spodziewać się wszystkiego. Nie pomylił się. Zdążył odnotować co najmniej cztery faule skierowane prosto na siebie z listy dziesięciu najpowszechniejszych oraz co najmniej ze dwa polegające na próbie zdzielenia go pałką w głowę. Lubił ładne i czyste gry.
— To był trudny manewr i niewiele brakowało do tego, bym oberwał tłuczkiem w trakcie wykonywania go. Trenerzy co chwila wymyślają nowe strategie. Na jakiej pozycji grałeś w barwach swojego domu? — Wypowiadając te słowa podrapał się po prawym policzku. Dla fanów trudny manewr w pierwszej kolejności zawsze będzie wydawać się niezwykły. Nie było tak, że to kwestionował. Na boisku największe znaczenie miało to, czy dany manewr się udał. Za połową zwycięstwa stał zawsze trener. Profesjonalne drużyny mogły sobie to pozwolić. Zainteresował się tym, że Theodore grał w Quidditcha w czasach szkolnych. Mieli zatem coś wspólnego.
— Jestem dobrej myśli, ciężko trenujemy przed tym meczem. Damy z siebie wszystko aby wygrać. Ewentualna przegrana będzie wymagała nadrobienia w kolejnych rozgrywkach. To nas zmotywuje do pracy nad formą. Tak, zmierzymy się w Szkocji ze Srokami z Montrose. Liczymy też na naszych wiernych fanów. Będziesz na widowni? — Odpowiedział szczerze na pytania podopiecznego matki odnośnie tego nadchodzącego meczu. Była to odpowiedź z puli tych służących podczas rozmów z przedstawicielami mediów branżowych, jednak nie odbiegała zbytnio od jego prywatnego stanowiska. Sam ciężko trenował z resztą drużyny. Po prostu zawsze zwyciężał lepszy skład. Trenerzy wyciskali z nich siódme poty, niezależnie od wyniku meczu. Dawali z siebie wszystko.
Obawy o przegraną zawsze były i będą. Tak samo o karierę. Średnio miał jeszcze dziesięć lat na jej dopełnienie, o ile nie dozna poważnej kontuzji. Jeśli czas będzie dla niego łaskawy to może czeka go nawet piętnaście lat grania jako szukający. Jeśli nie to zostanie trenerem. Doświadczenie, reputacja i koneksje rodzinne mogą pomóc mu się dobrze ustawić. Wszystkie obawy to jego prywatna sprawa.
— Mamo, pozwolisz, że porwę na chwilę twojego gościa? Wypijemy herbatę później. — Zwrócił się do matki, uznając że będzie lepiej jak rozmowę o Quidditchu będą kontynuować gdzieś indziej. Poza tym miał pewien pomysł. Ale o nim za chwilę. — Złotogłówko, proszę, podaj nam dwie butelki piwa kremowego — Dodał, spoglądając na skrzatkę domową, która wypełniła to polecenie. Pstryknęła palcami, a na stole pojawiły się dwie butelki tego napoju.
— Idźcie. Widzę, że złapaliście wspólny język. — Kobieta nie zaprotestowała.
— Idziesz? — Zapytał Lovegooda. Do tego, co zamierzał zrobić, potrzebował się przebrać. Po drugie musieli wyjść z domu na zewnątrz.