Nie do końca rozumiałem, z jakiego powodu znaleźliśmy się w tym miejscu.
Stojąc tuż obok Marko, spoglądałem w kierunku mijających nas uczestników parady, starając się połączyć ze sobą poszczególne elementy układanki. I zarazem czekając na wyjaśnienia, co do których mogłem mieć pewność, że w odpowiedniej chwili nadejdą. Byłem pewien, że za ściągnięciem mnie w to miejsce, musiało stać coś więcej niż potrzeba obserwowania charłaków, stanowiących przecież margines naszego społeczeństwa. Margines, poza który już dawno temu powinni zostać wypchnięci. Nie mieli do zaoferowania nic, co tłumaczyłoby obecnie zajmowane przez nich miejsce. Niczym nie różnili się od mugoli.
Kiwam głową, decydując się przyjąć papierosa. Nie zwykłem odmawiać. Z kieszeni wyjmuję zapalniczkę, zwyczajną mugolską benzynówkę, co do których od dawna miałem słabość. Korzystam z niej, zupełnie ignorując ewentualne krzywe spojrzenia. Zbliżając papierosa do ust, raz za razem, słucham wszystkiego, co ma mi do przekazania kuzyn. Staram się zachować spokój. Nadmiernie się nie denerwować, ani też nie ekscytować tym, co miało nadejść. Na ile mi się to udaje? Ciężko stwierdzić. Aczkolwiek zaprzeczyć nie można jednemu - mogło być dużo gorzej.
Nie zadaje niepotrzebnych pytań, nie przerywam. Nigdy nie byłem typem, który odzywał się w sytuacji, kiedy nie było takiej potrzeby. Ponoć mówiłem mało, ale z reguły konkretnie. Tak słyszałem, tak mi mówiono. Może coś w tym było?
Kolejny raz zaciągam się papierosem, spoglądając na wyciągnięty w moją stronę przedmiot. Wygląda to trochę dziwnie, ale rozumiem cel. W tłumie łatwo można zostać rozpoznanym. Za dużo ludzi, za duże niebezpieczeństwo. Biorę kominiarkę, uważniej ją oglądam. Zanim wciągnę ją na głowę, gaszę papierosa. Na ten moment wystarczy tego dobrego.
- Bez obaw. - Mówię, kiedy upomina mnie. Zwraca uwagę na to, żeby się aż tak nie trząsł. Nawet tego nie dostrzegłem. W myślach upominam się, że muszę być pod tym względem bardziej uważnym. Lepiej się kontrolować.
Spoglądam we wskazanym kierunku, zauważając to samo, co Marko. Kiwam głową. Tym razem wszystko to, co w innym wypadku byłoby widoczne na mojej twarzy, jest już starannie ukryte pod maską. Mam nadzieje, że będzie to szybka akcja. Noszenie tego cholerstwa nie zalicza się do najprzyjemniejszych rzeczy.
Oczywiście nie narzekam. Aż tak głupi nie jestem.
Nie protestuje, kiedy okazuje się, że to ja mam być tym, który wejdzie w tłum. W zasadzie domyśliłem się tego już wcześniej. I rzecz jasna, nie stanowiło to dla mnie większego problemu. Przez chwilę zastanawiam się w jaki sposób należy to rozegrać. Różdżka znajduje się w ręku, gotowa do wyciągnięcia. Rozglądam się na boki, starając się zlokalizować wspomnianą restauracje. Oceniam odległość. Staram się ustalić w jaki sposób mógłbym najszybciej się do niej dostać. Wiem, że raczej nie uniknę zwrócenia na siebie uwagi. A już na pewno nie będzie to łatwym zadaniem.
Wybieram cel swoich działań, ruszam w kierunku młodego mężczyzny, który zdaje się być w podobnym wieku do mnie. Pomyśleć tylko, że gdyby nie cały ten szlam, najpewniej nie znajdywałby się na marginesie naszego społeczeństwa. Nie byłby częścią grupy, która jest tak niewiele warta; która nie ma nam niczego do zaoferowania.
Jedynie żeruje na zdrowej tkance.
Przedzieram się przez tłum. Mocniej zaciskam palce na różdżce, przygotowując się do tego, żeby rzucić zaklęcie. Wybrałem już rozwiązanie jakim się posłużę. Wszystko sobie obmyśliłem, licząc że proste środki nie zawiodą. Czasami to właśnie one są najwięcej warte.
- Confundus - Wypowiadam, wyciągając różdżkę w kierunku celu, doskonale wiedząc jaki efekt chce osiągnąć. Nie zamierzam atakować. Nie zamierzam ciągnąć ofiary prosto do wejścia do lokalu. To byłoby idiotyczne. Zamiast tego chce, żeby charłak sam opuścił pochód. Sam ruszył do restauracji. Prosto w nasze ramiona.
No dobrze, może przy małym moim wsparciu.