15.05.2023, 22:13 ✶
Wywróciła oczami na jego minę, prychając cicho pod nosem. No tak, oczywiście, że nie potrzebowali zupełnie innych ludzi, wystarczył toporek, dobre piwo i kompani. A jednak wcale nie uciekł od niej dłonią, nie przestał jej znosić i przede wszystkim wyszedł poza strefę własnego komfortu, przyjeżdżając na południe świata. Zbyt dużo nad tym wszystkim myślał, za mało dawał podnosić się spontaniczności i za mało skupiał na się na obecnej chwili. Na szczęście miał Pandorę, która umiała to robić za dwie osoby. - To przecież nic strasznego i nic złego. - rzuciła tylko z delikatnym wzruszeniem ramion, wciąż z odrobiną rozbawienia wymalowaną na twarzy.
Musiała jakoś wynagrodzić mu delikatne szturchnięcie, bo przez ten wyraz oczu było jej przykro i głupio, że tak go uprzedziła o wrażliwości starszej kobiety, która wiele rzeczy odbierała zbyt dosłownie, co robiła zresztą od śmierci córki, częściowo się pewnie obwiniając. Rodzice zawsze tak robili. Zerknęła na niego pytająco, nie kryjąc przekupnego uśmieszku, sprawdzając, czy jej taktyka odniosła skutek. Miał w sobie trochę z nastoletniego, chłopięcego buntu, więc powinna się sprawdzić.
- Umiem być przekonywająca. Nie mam tyle siły, co Ty, ale też bywam sprytna i przebiegła, powinieneś bardziej mnie doceniać. Zdolny ze mnie worek ziemniaków. - nie uciekła spojrzeniem od błękitu, czując, jak kitka przesuwa się jej na plecy pod wpływem mimowolnego nachylenia głowy. Naprawdę umiała! Rozmiar dawał mu przewagę, mięśnie i zdolności fizyczne też, ale Pandora radziła sobie na tym trudnym świecie już od wielu lat, umiała wybrnąć z sytuacji. Skoro udawało się jej uciekać i migać od ślubów, przyjęć matki i spędzania czasu na wyścigach konnych Prewettów, mogła poradzić sobie nawet z Niedźwiadkiem.
- Tak, ale ziemniaki są częścią worka, więc wzięłam, co swoje. I oddałam Ci ser. - odparła niemalże natychmiast, głosem typowego dyplomaty, mrużąc na chwilę oczy, ale powaga na jej buzi nie została zachowana na długo, bo jego mina i kartoflowe oburzenie sprawiło, że ciężko było się nie roześmiać. Ona zresztą chyba po prostu lubiła się śmiać albo Hjalmar miał niesamowity talent do wywoływania u niego uśmiechu i rozbawienia, trudno sprawdzić, które było bardziej prawdopodobne. Nadziała kolejne składniki sałatki, nie zapominając o pomidorze, które zaraz wsunęła do ust z zadowoleniem. Te ostatnie umiały odczarować każdy posiłek, zwłaszcza gdy były słodkie i soczyste, perfekcyjnie czerwone. Nagły krzyk sprawił, że wyprostowała plecy i przywarła nimi do krzesła, zamierając z widelcem w powietrzu. To było aż tak dziwne, niespotykane na Islandii?
- No, tak. - przytaknęła grzecznie, przyglądając się jego twarzy, a potem kawałkom mięsa i znów jego twarzy. - Wcale, radzę sobie z warzywami i owocami, czasem zjem trochę sera. Ryba jest wyjątkiem, bo ciężko mi spoglądać na nie, jak na zwierzątka domowe, jak na przykład na krowy. Gdy nie muszę jednak to i ich nie jem, ale moja matka naciska. - wzruszyła ramionami z westchnięciem, przypominając sobie ostatni raz, gdy rodzicielka wmusiła w nią kilka kęsów zapiekanego, białego mięsa z ryby. Była odzwyczajona od konsystencji tego typu, tym bardziej posmaku, który dawało. - Jeśli tak myślisz, to w porządku, ale ja jednak nie chciałabym żadnej chmurowej owcy na sumieniu. Na Islandii chyba byłoby ciężko przetrwać te mrozy na samych warzywach. - stuknęła paznokciami o blat stołu w zamyśleniu, bo jej samej też często robiło się chłodno, gdy temperatura zbliżała się do zera lub spadała poniżej niego. Dlatego była wtedy pewna, że zamarzłaby w tym lesie, gdyby nie on.
- Jak nie umrzesz, to kiedyś jeszcze przyjdziemy na kebaba. - zaproponowała pogodnie, sięgając po dzbanek i dolewając im piwa. Upiła trochę, odkładając sztućce do miski, bo miała już dość. Przydałaby się kawa, ale to może później. - Nie mogę już, to było syte. Ser całkiem nieźle udaje mięso, jak dobrze go przyprawisz. Najważniejsze jednak, że Ty wyglądasz na sytego i zadowolonego.
Odsunęła naczynie na bok, aby wygodnie oprzeć się łokciami o stolik i subtelnie nachylić do przodu, żeby aromat pomarańczowej świeczki wdarł się jej do nozdrzy, bo pachniała naprawdę ładnie. - Są, ale mają skrzydła. A to już daje im unikalność, nie? Przyjemnie jest latać nisko nad ziemią, lepiej niż jechać po niej, chociaż tętent kopyt jest uspokajający. - odpowiedziała na jego pytanie twierdząco, chociaż dla niej były to zupełnie dwa odmienne rodzaje zwierząt, ale to może spaczenie przez to, że się wśród nich wychowywała. Lepiej jeździła chyba konno, niż biegała. - Tak, Mara to tylko jeden z abraksanów ze stajni. Chociażby Piołun, Karem go dla Ciebie ma przygotować na wieczór. Uznałam, że się dogadacie, ale skoro jazda zwykłym koniem Ci się nie podobała, to nie wiem, czy się zdecydujesz spróbować. - dodała ze spokojem, wbijając w niego spojrzenie, zaciekawione i chyba pytające, jakby próbowała znaleźć na jego twarzy odpowiedź. Wywróciła oczami na słowo bankiet, zsuwając się nieco na krześle. - Gdyby nie to, że idziesz tam ze mną, byłoby okropnie. A tak może nawet Cię namówię na taniec? Tak wiesz, żebyś miał spokój od moich kuzynek.
Nie mogła powstrzymać się przed puszczeniem mu oczka na znak tego, że się z nim zwyczajnie droczyła, chociaż i tak pewnie w którymś momencie, podstępem go zaciągnie na ten nieszczęsny parkiet. Może wykorzysta to jako formę ucieczki od nudnej rozmowy z jakimiś ludźmi, którzy głęboko siedzieli w kieszeniach jej ojca i w polityce? Sam twierdził, że mogła go wykorzystywać. Nie wyglądał jednak na zawiedzionego planem dotyczącym oceanu i gwiazd. On sobie popływa, a ona będzie mogła popatrzeć w niebo z pomostka.
Kobieta zarumieniła się i zaśmiała, głaszcząc Islandczyka pieszczotliwie po włosach, zanim zebrała talerze. Widać było, że nie miała okazji otrzymać komplementu od kogoś spoza kraju. - O widzisz? On też uważa, że jesteś za chuda! Nie spodobasz mu się z samymi kośćmi! Ah ta dzisiejsza młodzież, kiedyś to im kobieta była bujniejsza, tym było lepiej. Jedz kochanie, jedz.
Pandora uniosła brew, wędrując wzrokiem między znikającą w kuchni kobietą a swoim towarzyszem, krzyżując ręce pod biustem z odrobiną udawanej obrazy. - Nawet, jak jestem trochę szczupła, to i tak jestem Twoim ulubionym workiem na te ziemniaki, jestem przekonana.
Nie była, ale nie musiał o tym wiedzieć, chociaż pewnie i tak zauważył w jej spojrzeniu tę próbę nieporadnego kłamstewka. A potem rozpoczęła operację "słodycze", nachylając się z błyskiem w oczach, już typowo łobuzerskim. Wiedziała, jak kobieta zareaguje na ich ucieczkę, ale nie mieli już tyle czasu, aby tkwić tu kolejną godzinę.
- Poradzę sobie z ewentualną odpowiedzialnością, a ona ma tu naprawdę dobre te słodkości. Żal ich nie schować na wieczór, bo ja też nie wcisnę, a musisz ich spróbować. Mam nadzieję, że masz siłę się ruszać? - przerwała, sięgając do swojego plecaka. Wyjęła kawałek pergaminu, skrobiąc krótki liścik i wyjmując kilka monet, zostawiła wszystko na stole, a potem ostrożnie schowała do koszyka przyniesione przez cioteczkę desery. Wygodnie założyła plecak na ramiona, wiklinę przerzuciła przez ramię. Ruchem głowy zasugerowała mu gotowość i korzystając z tego, że wciąż nie wyszła z kuchni, wyciągnęła do niego rękę, a potem wyciągnęła biegiem z restauracji, słysząc tylko za plecami swoje imię. Była jednak pewna, że liścik jej wystarczy. Łatwo było zniknąć w tłumie na tureckim rynku, gdy dookoła było tak wiele alejek.
Musiała jakoś wynagrodzić mu delikatne szturchnięcie, bo przez ten wyraz oczu było jej przykro i głupio, że tak go uprzedziła o wrażliwości starszej kobiety, która wiele rzeczy odbierała zbyt dosłownie, co robiła zresztą od śmierci córki, częściowo się pewnie obwiniając. Rodzice zawsze tak robili. Zerknęła na niego pytająco, nie kryjąc przekupnego uśmieszku, sprawdzając, czy jej taktyka odniosła skutek. Miał w sobie trochę z nastoletniego, chłopięcego buntu, więc powinna się sprawdzić.
- Umiem być przekonywająca. Nie mam tyle siły, co Ty, ale też bywam sprytna i przebiegła, powinieneś bardziej mnie doceniać. Zdolny ze mnie worek ziemniaków. - nie uciekła spojrzeniem od błękitu, czując, jak kitka przesuwa się jej na plecy pod wpływem mimowolnego nachylenia głowy. Naprawdę umiała! Rozmiar dawał mu przewagę, mięśnie i zdolności fizyczne też, ale Pandora radziła sobie na tym trudnym świecie już od wielu lat, umiała wybrnąć z sytuacji. Skoro udawało się jej uciekać i migać od ślubów, przyjęć matki i spędzania czasu na wyścigach konnych Prewettów, mogła poradzić sobie nawet z Niedźwiadkiem.
- Tak, ale ziemniaki są częścią worka, więc wzięłam, co swoje. I oddałam Ci ser. - odparła niemalże natychmiast, głosem typowego dyplomaty, mrużąc na chwilę oczy, ale powaga na jej buzi nie została zachowana na długo, bo jego mina i kartoflowe oburzenie sprawiło, że ciężko było się nie roześmiać. Ona zresztą chyba po prostu lubiła się śmiać albo Hjalmar miał niesamowity talent do wywoływania u niego uśmiechu i rozbawienia, trudno sprawdzić, które było bardziej prawdopodobne. Nadziała kolejne składniki sałatki, nie zapominając o pomidorze, które zaraz wsunęła do ust z zadowoleniem. Te ostatnie umiały odczarować każdy posiłek, zwłaszcza gdy były słodkie i soczyste, perfekcyjnie czerwone. Nagły krzyk sprawił, że wyprostowała plecy i przywarła nimi do krzesła, zamierając z widelcem w powietrzu. To było aż tak dziwne, niespotykane na Islandii?
- No, tak. - przytaknęła grzecznie, przyglądając się jego twarzy, a potem kawałkom mięsa i znów jego twarzy. - Wcale, radzę sobie z warzywami i owocami, czasem zjem trochę sera. Ryba jest wyjątkiem, bo ciężko mi spoglądać na nie, jak na zwierzątka domowe, jak na przykład na krowy. Gdy nie muszę jednak to i ich nie jem, ale moja matka naciska. - wzruszyła ramionami z westchnięciem, przypominając sobie ostatni raz, gdy rodzicielka wmusiła w nią kilka kęsów zapiekanego, białego mięsa z ryby. Była odzwyczajona od konsystencji tego typu, tym bardziej posmaku, który dawało. - Jeśli tak myślisz, to w porządku, ale ja jednak nie chciałabym żadnej chmurowej owcy na sumieniu. Na Islandii chyba byłoby ciężko przetrwać te mrozy na samych warzywach. - stuknęła paznokciami o blat stołu w zamyśleniu, bo jej samej też często robiło się chłodno, gdy temperatura zbliżała się do zera lub spadała poniżej niego. Dlatego była wtedy pewna, że zamarzłaby w tym lesie, gdyby nie on.
- Jak nie umrzesz, to kiedyś jeszcze przyjdziemy na kebaba. - zaproponowała pogodnie, sięgając po dzbanek i dolewając im piwa. Upiła trochę, odkładając sztućce do miski, bo miała już dość. Przydałaby się kawa, ale to może później. - Nie mogę już, to było syte. Ser całkiem nieźle udaje mięso, jak dobrze go przyprawisz. Najważniejsze jednak, że Ty wyglądasz na sytego i zadowolonego.
Odsunęła naczynie na bok, aby wygodnie oprzeć się łokciami o stolik i subtelnie nachylić do przodu, żeby aromat pomarańczowej świeczki wdarł się jej do nozdrzy, bo pachniała naprawdę ładnie. - Są, ale mają skrzydła. A to już daje im unikalność, nie? Przyjemnie jest latać nisko nad ziemią, lepiej niż jechać po niej, chociaż tętent kopyt jest uspokajający. - odpowiedziała na jego pytanie twierdząco, chociaż dla niej były to zupełnie dwa odmienne rodzaje zwierząt, ale to może spaczenie przez to, że się wśród nich wychowywała. Lepiej jeździła chyba konno, niż biegała. - Tak, Mara to tylko jeden z abraksanów ze stajni. Chociażby Piołun, Karem go dla Ciebie ma przygotować na wieczór. Uznałam, że się dogadacie, ale skoro jazda zwykłym koniem Ci się nie podobała, to nie wiem, czy się zdecydujesz spróbować. - dodała ze spokojem, wbijając w niego spojrzenie, zaciekawione i chyba pytające, jakby próbowała znaleźć na jego twarzy odpowiedź. Wywróciła oczami na słowo bankiet, zsuwając się nieco na krześle. - Gdyby nie to, że idziesz tam ze mną, byłoby okropnie. A tak może nawet Cię namówię na taniec? Tak wiesz, żebyś miał spokój od moich kuzynek.
Nie mogła powstrzymać się przed puszczeniem mu oczka na znak tego, że się z nim zwyczajnie droczyła, chociaż i tak pewnie w którymś momencie, podstępem go zaciągnie na ten nieszczęsny parkiet. Może wykorzysta to jako formę ucieczki od nudnej rozmowy z jakimiś ludźmi, którzy głęboko siedzieli w kieszeniach jej ojca i w polityce? Sam twierdził, że mogła go wykorzystywać. Nie wyglądał jednak na zawiedzionego planem dotyczącym oceanu i gwiazd. On sobie popływa, a ona będzie mogła popatrzeć w niebo z pomostka.
Kobieta zarumieniła się i zaśmiała, głaszcząc Islandczyka pieszczotliwie po włosach, zanim zebrała talerze. Widać było, że nie miała okazji otrzymać komplementu od kogoś spoza kraju. - O widzisz? On też uważa, że jesteś za chuda! Nie spodobasz mu się z samymi kośćmi! Ah ta dzisiejsza młodzież, kiedyś to im kobieta była bujniejsza, tym było lepiej. Jedz kochanie, jedz.
Pandora uniosła brew, wędrując wzrokiem między znikającą w kuchni kobietą a swoim towarzyszem, krzyżując ręce pod biustem z odrobiną udawanej obrazy. - Nawet, jak jestem trochę szczupła, to i tak jestem Twoim ulubionym workiem na te ziemniaki, jestem przekonana.
Nie była, ale nie musiał o tym wiedzieć, chociaż pewnie i tak zauważył w jej spojrzeniu tę próbę nieporadnego kłamstewka. A potem rozpoczęła operację "słodycze", nachylając się z błyskiem w oczach, już typowo łobuzerskim. Wiedziała, jak kobieta zareaguje na ich ucieczkę, ale nie mieli już tyle czasu, aby tkwić tu kolejną godzinę.
- Poradzę sobie z ewentualną odpowiedzialnością, a ona ma tu naprawdę dobre te słodkości. Żal ich nie schować na wieczór, bo ja też nie wcisnę, a musisz ich spróbować. Mam nadzieję, że masz siłę się ruszać? - przerwała, sięgając do swojego plecaka. Wyjęła kawałek pergaminu, skrobiąc krótki liścik i wyjmując kilka monet, zostawiła wszystko na stole, a potem ostrożnie schowała do koszyka przyniesione przez cioteczkę desery. Wygodnie założyła plecak na ramiona, wiklinę przerzuciła przez ramię. Ruchem głowy zasugerowała mu gotowość i korzystając z tego, że wciąż nie wyszła z kuchni, wyciągnęła do niego rękę, a potem wyciągnęła biegiem z restauracji, słysząc tylko za plecami swoje imię. Była jednak pewna, że liścik jej wystarczy. Łatwo było zniknąć w tłumie na tureckim rynku, gdy dookoła było tak wiele alejek.
Koniec sesji