16.05.2023, 11:47 ✶
- Atreus prawdopodobnie bardziej rzuca się w oczy – przyznała Florence dyplomatycznie. Orion był tym spokojniejszym, i miała przeczucie, że nieco więcej czasu spędzającym za biurkiem. Najmłodszego z Bulstrodów za to bardzo ciężko było przegapić – z różnych względów.
Na swój sposób chyba była z tego trochę dumna. Atreus zdecydowanie miał charyzmę Prewettów, w przeciwieństwie do niej.
Gdyby Dawlish protestował… cóż, Florence nie mogłaby go zmusić, jedynie sporządziłaby notatkę, w dwóch kopiach, jedną dla Munga, drugą dla Harper Moody – że zaleca pobyt w szpitalu, aplikację eliksiru oraz specjalne okłady. Ostatecznie nie był dzieckiem, ona zaś nie miała powodów, aby się nad nim trząść. Było jednak niezmiernie miło, że się nie kłócił.
– Cóż za rzadki widok, aurorzy i część BUMowców bardzo często sprawiają wrażenie, jakby woleli dać się pokroić niż pójść do szpitala – skomentowała. Pamiętała parę przypadków, gdy musiała komuś udzielać pomocy niemalże siłą. Czasem miała wrażenie, że w Departamencie Przestrzegania Prawa funkcjonuje obiegowa opinia, że w ręce uzdrowicieli oddają się tylko słabi, i stąd te zbiorowe protesty wobec leczenia.
Jeśli podciągnięcie rękawa wystarczyło, aby odsłonić całą ranę, to Florence nie nalegała na jego rwanie czy usuwanie. Najpierw ujęła wolną dłonią rękę Chestera, uważnie przypatrując się ranie w poszukiwaniu śladów, wskazujących na jakieś szczególnie paskudne, czarnomagiczne zaklęcie – w rodzaju ciemnych żył, zmiany barwy krwi, dziwnego zapachu czy charakterystycznych plam. Wyglądało jednak na to, że tym razem Rookwood miał szczęście i było to po prostu czyste cięcie.
- Vulnera Sanentur – mruknęła, różdżką wykonując odpowiedni gest. Potem powtórzyła tę samą procedurę jeszcze dwukrotnie: trzykrotne rzucenie tego zaklęcia przynosiło najlepsze efekty. - Vulnera Sanentur. Vulnera Sanentur.
Pierwsza inkantacja spowolniła przepływ krwi, drugie sprawiło, że rana zaczęła się zaleczać, trzecie wreszcie w pełni ją zasklepiło. Po rozcięciu pozostało zaledwie wspomnienie bólu, porwane ubranie i krew, barwiąca rękę aurora.
– Miał pan szczęście i wizyta w świętym Mungu nie będzie konieczna. Zalecam dwie łyżki eliksiru odnawiającego krew dziś wieczorem oraz jedną jutro rano, chyba że ma pan zwiększone zapotrzebowanie na mikstury. Dziś najlepiej wypoczywać, najlepiej w łóżku. Proszę przez najbliższą dobę unikać alkoholu, kawy… oraz tytoniu, a będzie pan mógł wrócić do pracy – poinstruowała Florence rzeczowym tonem. Cofnęła rękę, a potem, nie mogąc tego tak po prostu zostawić, rzuciła jeszcze jeden czar: sprawiając, że krew, plamiąca ramię Chestera, również znikła. Jak na uzdrowicielkę Florence żywiła niemal nabożne umiłowanie czystości, i choć miała do czynienia z różnymi… rzeczami w swojej pracy, nie widziała powodów, by nie pozbyć się takich plam, jeśli było to możliwe.
Na swój sposób chyba była z tego trochę dumna. Atreus zdecydowanie miał charyzmę Prewettów, w przeciwieństwie do niej.
Gdyby Dawlish protestował… cóż, Florence nie mogłaby go zmusić, jedynie sporządziłaby notatkę, w dwóch kopiach, jedną dla Munga, drugą dla Harper Moody – że zaleca pobyt w szpitalu, aplikację eliksiru oraz specjalne okłady. Ostatecznie nie był dzieckiem, ona zaś nie miała powodów, aby się nad nim trząść. Było jednak niezmiernie miło, że się nie kłócił.
– Cóż za rzadki widok, aurorzy i część BUMowców bardzo często sprawiają wrażenie, jakby woleli dać się pokroić niż pójść do szpitala – skomentowała. Pamiętała parę przypadków, gdy musiała komuś udzielać pomocy niemalże siłą. Czasem miała wrażenie, że w Departamencie Przestrzegania Prawa funkcjonuje obiegowa opinia, że w ręce uzdrowicieli oddają się tylko słabi, i stąd te zbiorowe protesty wobec leczenia.
Jeśli podciągnięcie rękawa wystarczyło, aby odsłonić całą ranę, to Florence nie nalegała na jego rwanie czy usuwanie. Najpierw ujęła wolną dłonią rękę Chestera, uważnie przypatrując się ranie w poszukiwaniu śladów, wskazujących na jakieś szczególnie paskudne, czarnomagiczne zaklęcie – w rodzaju ciemnych żył, zmiany barwy krwi, dziwnego zapachu czy charakterystycznych plam. Wyglądało jednak na to, że tym razem Rookwood miał szczęście i było to po prostu czyste cięcie.
- Vulnera Sanentur – mruknęła, różdżką wykonując odpowiedni gest. Potem powtórzyła tę samą procedurę jeszcze dwukrotnie: trzykrotne rzucenie tego zaklęcia przynosiło najlepsze efekty. - Vulnera Sanentur. Vulnera Sanentur.
Pierwsza inkantacja spowolniła przepływ krwi, drugie sprawiło, że rana zaczęła się zaleczać, trzecie wreszcie w pełni ją zasklepiło. Po rozcięciu pozostało zaledwie wspomnienie bólu, porwane ubranie i krew, barwiąca rękę aurora.
– Miał pan szczęście i wizyta w świętym Mungu nie będzie konieczna. Zalecam dwie łyżki eliksiru odnawiającego krew dziś wieczorem oraz jedną jutro rano, chyba że ma pan zwiększone zapotrzebowanie na mikstury. Dziś najlepiej wypoczywać, najlepiej w łóżku. Proszę przez najbliższą dobę unikać alkoholu, kawy… oraz tytoniu, a będzie pan mógł wrócić do pracy – poinstruowała Florence rzeczowym tonem. Cofnęła rękę, a potem, nie mogąc tego tak po prostu zostawić, rzuciła jeszcze jeden czar: sprawiając, że krew, plamiąca ramię Chestera, również znikła. Jak na uzdrowicielkę Florence żywiła niemal nabożne umiłowanie czystości, i choć miała do czynienia z różnymi… rzeczami w swojej pracy, nie widziała powodów, by nie pozbyć się takich plam, jeśli było to możliwe.