Heather była jedną z nielicznych osób, które lubiły Ururu. Być może jej podejście do traktowania go jak brata spowodowało, że przymykała oczy na jego dziwactwa. Na pewno sporo zmieniała jej znajomość historii Marqueza. Zapewne nie oczekiwała, że człowiek po kilkudziesięcioletniej śpiączce będzie miał poukładane w głowie. Ururu był jej i całej rodzinie Woodów niesamowicie wdzięczny za gościnę. Miał zamiar się im odwdzięczyć, gdy tylko stanie na nogi.
No właśnie. Do tego się nie zapowiadało. Bo zbyt zajęty był dynastią Windsorów, czy problemami ekonomicznymi państw Afryki południowej. Stracił 42 lata — teraz rok w tą czy inną nie robił mu różnicy.
Oderwał się od książki, gdy tylko usłyszał swoje imię. Potrafił odlatywać w świat swoich myśli bardzo łatwo. Ale z jakiegoś powodu na wołanie zawsze reagował. Wyprostował się. Wstał z łóżka. Miał na sobie różowe skarpetki. Wyjrzał zza drzwi.
— Dzień dobry, Heather, co się stało?
Na głowie szopa siwych włosów i charakterystyczny uśmiech. Dopiero po pół roku znajomości zaczął nazywać dziewczynę bezpośrednio po imieniu. Prawdziwy dżentelmen.