Dopiero gdy uciekałam, zdałam sobie sprawę z tego, że przecież Arielowi było na imię Lysander. Pięknie. Cudownie. Nigdy nie odzyskam moich rzeczy. Może poproszę go, żeby zrobił to za mnie. Albo babcię. No tak! Babcia na pewno pomoże, w końcu sama tu pracowała. Niektórzy na pewno ją pamiętają.
Stałam twarzą do ściany w ciemnym zaułku. Można było mnie tu nie zauważyć. Z oczu cieknęły mi łzy, tak więc ściągnęłam okulary, by przetrzeć twarz. Odgłosy pracującego ministerstwa szemrały w oddali, nie zwracałam na nie uwagi, za bardzo byłam skupiona na wydarzeniach swojego umysłu.
A z tego wyrwał mnie wyraźny głos. Odwróciłam się. To znowu ten chłopak. Czego jeszcze ode mnie chciał...?
Ślepy.
Ślepy.
Bezwiednie spojrzałam w jego twarz. Byłam w szoku. Jego zamglone oczy jasno wskazywały na fakt, którego wcześniej nie dostrzegłam. Jakże często to ja byłam niewidoma. Sama siebie skazywałam na to. Nie zwracałam uwagi na twarze ludzi. Skupiałam się na potknięciach przeszłych i potencjalnych, szczególnie tych drugich.
Gdzieś w głowie dzwonił mi jeszcze jeden przykry dzwoneczek — Dellian wspomniał, że już się spotkaliśmy. A teraz sobie przypomniałam, kiedy miałam kontakt z potencjalnym niewidomym. Starałam się łapać oddech, by nie wybuchnąć głośnym płaczem. Byłam taka okrutna dla niego wtedy. A on był tak miłym człowiekiem. Ucieknę, nie zgodzę się na spotkanie... ale pokiwałam głową twierdząco.
Oh, głupia. Oczywiście nie mógł tego zauważyć.
— Ja... bardzo chętnie... — odpowiedziałam starając się nie szlochać. — Przepraszam... ja... jestem Ula.
Przetarłam oczy ponownie, wpatrując się w czubki swoich butów.