Ezechiel spodziewał się kolejnego rasisty, który postanowił wyżyć się na mugolakach w najgłupszy możliwy sposób. Jeszcze wczoraj wyciągał drzazgi z ręki typa mającego na koncie atak deską oderwaną z ławki w parku. Prawdziwy czarodziej, rzeczywiście.
Uzdrowiciel zastygł więc w miejscu widząc nie kolejnego mężczyznę z problemami emocjonalnymi a kobietę. Co ważne — kobietę inną niż panna Rookwood. Pań w tym gronie było znacznie mniej, przez co Ezechiel jeszcze nie miał wypracowanych scenariuszy działania ani charakterystyce podstawowych typów.
— Uhm... T-tak, gdzie te rany się znajdują?
W zależności od umiejscowienia, zaprosił kobietę na fotel lub stół zabiegowy — tak, by było jej wygodniej. Sam sięgnął po odpowiednie mikstury. Fiolki różnych eliksirów zaczęły lewitować wokół niego. Złapał też kilka liści tajemniczej rośliny.
W końcu podszedł do Noémie, by obejrzeć, z czym dokładnie ma do czynienia.