22.05.2023, 19:45 ✶
Za namową Lindy, rzuciłam zaklęcie jeszcze raz i całe szczęście poskutkowało. Mugol przestał się opierać i grzecznie poszedł za nami, choć wciąż wpatrzony w nicość lasu. Bardziej martwił mnie stan kobiety na noszach, która wyglądała coraz to gorzej. Nie chciałam pośpieszać mężczyzn ją noszących, bo pewnie i tak byli już zmęczeni wymijaniem tych wszystkich drzew. Miałam nadzieję, że nie wyzionie ducha w drodze przez Knieję.
- Nie pierwszy, nie ostatni... - Zaśmiałam się nerwowo na uwagę kobiety. - Tak, jestem córką jej trzeciego syna. Mój ojciec jest magiweterynarzem. Tutaj. W Dolinie - Opowiedziałam jej o swoich korzeniach, bo zdawała się chyba znać moją babkę. - Ten opis zdaje mi się całkowicie wystarczać. Na szczęście mnie pewnie czeka tylko ostry dyżur, jak tylko uda mi się dostać do Munga... - Westchnęłam, myśląc o wszystkich rannych i o tych, których nie udało się uratować. Zginęli w imię czegoś, co Czarny Pan chciał osiągnąć. Trzeba go jakoś powstrzymać.
Zaczęło wiać coraz mocniej, drzewa uginały się pod wpływem jakiejś niszczycielskiej mocy. Bałam się o wszystkich, o siebie, o rodziców. Cały czas wydawało mi się, że słyszę coś po bokach, ale ciekawość pokonywał strach. Dopiero łagodne spojrzenie na swojego patronusa, ociepliło moje przerażone serce. Czułam, jak podskakująca owca spowalnia przyśpieszone tętno. Dawała mi siłę, siłę, która nie pozwalała mi poddać się złowrogiej aurze tego lasu.
Widok Lecznicy Dusz, która powoli wyłaniała się zza drzew, sprawił, że w moich oczach pojawiły się ogniki. Prawdopodobnie podbiegłabym tam ze szczęścia, gdyby nie staruszka trzymająca się kurczowo mojego ramienia. Mężczyzna wpuścił nas w ostatnim momencie, zanim wichura zmiotłaby mnie z Lindą. Obawiałam się, że taki huragan mógłby być skutkiem tego, do czego zmierzał Voldemort.
- Panie Urquart? - Zareagowałam, jak zobaczyłam, że mężczyzna obsuwa się na ziemię. Spróbowałam złapać go szybko za tył głowy, żeby nie uderzył nią o twardą posadzkę.
- Nie pierwszy, nie ostatni... - Zaśmiałam się nerwowo na uwagę kobiety. - Tak, jestem córką jej trzeciego syna. Mój ojciec jest magiweterynarzem. Tutaj. W Dolinie - Opowiedziałam jej o swoich korzeniach, bo zdawała się chyba znać moją babkę. - Ten opis zdaje mi się całkowicie wystarczać. Na szczęście mnie pewnie czeka tylko ostry dyżur, jak tylko uda mi się dostać do Munga... - Westchnęłam, myśląc o wszystkich rannych i o tych, których nie udało się uratować. Zginęli w imię czegoś, co Czarny Pan chciał osiągnąć. Trzeba go jakoś powstrzymać.
Zaczęło wiać coraz mocniej, drzewa uginały się pod wpływem jakiejś niszczycielskiej mocy. Bałam się o wszystkich, o siebie, o rodziców. Cały czas wydawało mi się, że słyszę coś po bokach, ale ciekawość pokonywał strach. Dopiero łagodne spojrzenie na swojego patronusa, ociepliło moje przerażone serce. Czułam, jak podskakująca owca spowalnia przyśpieszone tętno. Dawała mi siłę, siłę, która nie pozwalała mi poddać się złowrogiej aurze tego lasu.
Widok Lecznicy Dusz, która powoli wyłaniała się zza drzew, sprawił, że w moich oczach pojawiły się ogniki. Prawdopodobnie podbiegłabym tam ze szczęścia, gdyby nie staruszka trzymająca się kurczowo mojego ramienia. Mężczyzna wpuścił nas w ostatnim momencie, zanim wichura zmiotłaby mnie z Lindą. Obawiałam się, że taki huragan mógłby być skutkiem tego, do czego zmierzał Voldemort.
- Panie Urquart? - Zareagowałam, jak zobaczyłam, że mężczyzna obsuwa się na ziemię. Spróbowałam złapać go szybko za tył głowy, żeby nie uderzył nią o twardą posadzkę.