23.05.2023, 05:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2023, 23:23 przez Tilly Toke.)
Poczuł coś kompletnie innego. Może nie nowego, ale definitywnie rzadko spotykanego. Nie mógł się powstrzymać i uniósł lekko brwi, acz był to gest tak dyskretny, że mógłby pozostać niezauważony lub uznany za tik czy inny rezultat pociągania nosem od ilości wylanych łez. Jeszcze przez moment był skołowany, acz podanie ścierki pomogło. Zajęło czymś ręce, sprawiło, że szorstki materiał, jakim otarł policzki, a potem nos, pobudził zmysły do ponownego wejścia w wymiar rzeczywistości fizycznej, a nie tylko słownej i ekstremalnie emocjonalnej.
Wypuścił powietrze z ust, jakby właśnie odłożył na podłogę chatki naprawdę ciężki bagaż, który niósł ze sobą całą drogę, a który dopiero teraz był zdatny do zdjęcia z pleców. Nie próbował się uśmiechać, ale w ciemnych oczach dało się dostrzec iskierki wdzięczności, ciepło, którym rozpalić można by niejedno ognisko, które nie miało w sobie nic z typowego pożądania jakim tryskała osoba Rookwooda, a po prostu była przytulnym ciepłem kojarzącym się z miękkością futra zwiniętego w kulkę domowego kocura.
Poczuł miłość, która nie miała niczego wspólnego z pożądaniem, niczego wspólnego z przyjaźnią czy uczuciem, jakim darzy się rodzinę. Nie potrafił dokładnie opisać tego uczucia, bo wydawało się ulotne, bardzo delikatne, cieniutkie, jedynie wkradające się do jego wnętrza jak lekkie piórko wysmykujące się z pierzastej poduszki i łaskoczące nos czy policzki.
Brzmienie jej głosu wpływało do jego wnętrza, teraz jakby o wiele prościej, gdy nie dzieliła ich uniesiona fosa trzymanej na siłę gardy wiecznego uśmiechu, fałszywie niekończącego się braku zmartwień. Zaczerwienienia na twarzy Sary wydawały się dodawać jej uroku, nawet jeżeli dopiero co płakała, dając upust smutkowi czy rozgorzałym emocjom, jakie empatycznie z nim podzieliła. Nie chciał teraz o tym myśleć, więc odgonił tę myśl zaskakująco prosto. Będzie miał inne momenty, aby podziwiać jej fizyczności, ba miał ich w przeszłości też wiele. Teraz chciał poświecić pełnię uwagi słowom i ciepłym uczuciom, bezpiecznym zapewnieniom.
Było mu głupio. Niesamowicie głupio, ale skupił się na znaczeniu jej słów i zacisnął palce na delikatnych dłoniach kapłanki. Dyskretnie, lekko. Przygryzł wnętrze policzka,
- Dziękuję - mruknął, z o wiele mniejszą pewnością siebie, niż miał w zwyczaju. Jego głos, zazwyczaj bardzo donośny, wydawał się niknąć w ścianach chatki, kompletnie zlewać z otoczeniem, dając pierwszeństwo słowom Macmillan.
Nie był w stanie stwierdzić, co powinien powiedzieć dalej. Podziękowanie wydawało mu się najbardziej adekwatne, najsenwoniej oddające to, co czuł - bo przecież była to też wdzięczność.
Uczucie, jakie wzbudziły w nim słowa Sary wciąż tliło się gdzieś w podświadomości, choć powoli odchodziło na drugi plan, ukrywajac się pomiędzy warstwami zawiłości umysłu. Charles nie chciał zapomnieć, ale nie był w stanie w tym momencie uzewnętrznić się bardziej. Czuł się zbyt zagubiony, aby podejmować dyskurs kolejnej emocji.
- Jesteś, zawsze byłaś, bez wątpienia. - może trochę przedramatyzował, ale pozwolił ponieść się podniosłości momentu. Zacietrzewił się na tyle w tym stwierdzeniu, że nadał policzki, co nadawało jego, i tak młodej, twarzy charakterystyki chłopięcości, odbierając te oznaki męskości, które już się w nim zarysowywały.
SIła pewności siebie, jaką zazwyczaj obdarzał innych w brzmieniu głosu, zdawał się powracać, aż małymi krokami. Wciąż przypominał bardziej zaplataną kulkę emocjonalnej włóczki niż cokolwiek innego.
- Ale jakim bliskim byłbym dla ciebie ja, gdybym martwił się tylko o siebie, a nie o to, jak mój ciężar może oddziaływać na ciebie? - faktycznie go to dręczyło, w końcu już nie raz w tej rozmowie przyznał, ze nie chciał jej niczym obarczać (acz ostatecznie i tak to zrobił) - Gdybym przede wszystkim nie chciał chronić cię przed tym, co jest nieprzyjemne, ciężkie, ogólnie złe. Czyniłoby to wtedy ze mnie strasznie do dupy osobę bliską, nie? - uniósł kącik ust, acz tym razem w większej szczerości, bo faktycznie mówił każde z tych zdań w ciepłej prawdziwości, prosto z duszy. Martwił się o tych, których kochał. Byli dla niego najważniejsi, o wiele ważniejsi od niego samego.
- Naprawdę doceniam, że to mówisz. Myślę, że... Myślę, że mi to pomogło. Twoje słowa, bliskość też- urwał na chwilę, spoglądając na nią jakoby intensywniej - Jasne, wciąż jest ciężko, nie przestanie przecież być z sekundy na sekundę, ale... No, jest. Jakoś tak. Lżej - burknął, trochę też tak, jakby było mu głupio za ten wybuch emocji, ale starał się tego po sobie nie pokazać. W końcu nie chciał, aby Sara czuła się niechciana. Przyszedł tutaj, bo nie mógł znieść myśli, że się o niego martwiła, że byłby czymś smutnym, utrapieniem. Chciał być pozytywną częścią jej życia, acz musiał sobie uświadomić, że wszechświat nie działał w ten sposób, że wszystko musiało być w harmonii.
- Właściwie, myślałem. Em. To trochę głupie, to bardzo głupie, bo jeżeli nie chcesz tego robić to w porządku, bo to nie po to tu przyszedłem, nie musi to być w ogóle teraz, ani nawet jakoś niedługo, ale może, em, może kiedyś - wylanie z siebie wszystkich tych emocji sprawiło, ze język wciąż się plątał, zwłaszcza, ze czuł się poniekąd zawstydzony całą tą sytuacją, a już na pewno prośba, która miała zaraz paść.
- Myślisz, że mogłabyś mi pomóc w tym, abym przeprosił mojego brata? Mam na myśli, wiesz jego... no. Ducha? - uciekł spojrzeniem, wydawało mu się, że wypalił z tym za szybko, ale, przecież, Macmillan powiedziała, że chciała być dla niego wsparciem, pomocą, tak? Uznał, że może taka prośba sprawi, że dziewczyna poczuje, iż faktycznie chce na niej polegać, że jest mu bliska, że jej ufa.
Tak czy siak musieli to odłożyć na potem - nie pytał o teraz, pytał o przyszłość. O ewentualną pomoc.
Teraz chciał spędzić trochę czasu w jej towarzystwie, napić się ziołowej herbaty. Na chwilę odetchnąć.
Wypuścił powietrze z ust, jakby właśnie odłożył na podłogę chatki naprawdę ciężki bagaż, który niósł ze sobą całą drogę, a który dopiero teraz był zdatny do zdjęcia z pleców. Nie próbował się uśmiechać, ale w ciemnych oczach dało się dostrzec iskierki wdzięczności, ciepło, którym rozpalić można by niejedno ognisko, które nie miało w sobie nic z typowego pożądania jakim tryskała osoba Rookwooda, a po prostu była przytulnym ciepłem kojarzącym się z miękkością futra zwiniętego w kulkę domowego kocura.
Poczuł miłość, która nie miała niczego wspólnego z pożądaniem, niczego wspólnego z przyjaźnią czy uczuciem, jakim darzy się rodzinę. Nie potrafił dokładnie opisać tego uczucia, bo wydawało się ulotne, bardzo delikatne, cieniutkie, jedynie wkradające się do jego wnętrza jak lekkie piórko wysmykujące się z pierzastej poduszki i łaskoczące nos czy policzki.
Brzmienie jej głosu wpływało do jego wnętrza, teraz jakby o wiele prościej, gdy nie dzieliła ich uniesiona fosa trzymanej na siłę gardy wiecznego uśmiechu, fałszywie niekończącego się braku zmartwień. Zaczerwienienia na twarzy Sary wydawały się dodawać jej uroku, nawet jeżeli dopiero co płakała, dając upust smutkowi czy rozgorzałym emocjom, jakie empatycznie z nim podzieliła. Nie chciał teraz o tym myśleć, więc odgonił tę myśl zaskakująco prosto. Będzie miał inne momenty, aby podziwiać jej fizyczności, ba miał ich w przeszłości też wiele. Teraz chciał poświecić pełnię uwagi słowom i ciepłym uczuciom, bezpiecznym zapewnieniom.
Było mu głupio. Niesamowicie głupio, ale skupił się na znaczeniu jej słów i zacisnął palce na delikatnych dłoniach kapłanki. Dyskretnie, lekko. Przygryzł wnętrze policzka,
- Dziękuję - mruknął, z o wiele mniejszą pewnością siebie, niż miał w zwyczaju. Jego głos, zazwyczaj bardzo donośny, wydawał się niknąć w ścianach chatki, kompletnie zlewać z otoczeniem, dając pierwszeństwo słowom Macmillan.
Nie był w stanie stwierdzić, co powinien powiedzieć dalej. Podziękowanie wydawało mu się najbardziej adekwatne, najsenwoniej oddające to, co czuł - bo przecież była to też wdzięczność.
Uczucie, jakie wzbudziły w nim słowa Sary wciąż tliło się gdzieś w podświadomości, choć powoli odchodziło na drugi plan, ukrywajac się pomiędzy warstwami zawiłości umysłu. Charles nie chciał zapomnieć, ale nie był w stanie w tym momencie uzewnętrznić się bardziej. Czuł się zbyt zagubiony, aby podejmować dyskurs kolejnej emocji.
- Jesteś, zawsze byłaś, bez wątpienia. - może trochę przedramatyzował, ale pozwolił ponieść się podniosłości momentu. Zacietrzewił się na tyle w tym stwierdzeniu, że nadał policzki, co nadawało jego, i tak młodej, twarzy charakterystyki chłopięcości, odbierając te oznaki męskości, które już się w nim zarysowywały.
SIła pewności siebie, jaką zazwyczaj obdarzał innych w brzmieniu głosu, zdawał się powracać, aż małymi krokami. Wciąż przypominał bardziej zaplataną kulkę emocjonalnej włóczki niż cokolwiek innego.
- Ale jakim bliskim byłbym dla ciebie ja, gdybym martwił się tylko o siebie, a nie o to, jak mój ciężar może oddziaływać na ciebie? - faktycznie go to dręczyło, w końcu już nie raz w tej rozmowie przyznał, ze nie chciał jej niczym obarczać (acz ostatecznie i tak to zrobił) - Gdybym przede wszystkim nie chciał chronić cię przed tym, co jest nieprzyjemne, ciężkie, ogólnie złe. Czyniłoby to wtedy ze mnie strasznie do dupy osobę bliską, nie? - uniósł kącik ust, acz tym razem w większej szczerości, bo faktycznie mówił każde z tych zdań w ciepłej prawdziwości, prosto z duszy. Martwił się o tych, których kochał. Byli dla niego najważniejsi, o wiele ważniejsi od niego samego.
- Naprawdę doceniam, że to mówisz. Myślę, że... Myślę, że mi to pomogło. Twoje słowa, bliskość też- urwał na chwilę, spoglądając na nią jakoby intensywniej - Jasne, wciąż jest ciężko, nie przestanie przecież być z sekundy na sekundę, ale... No, jest. Jakoś tak. Lżej - burknął, trochę też tak, jakby było mu głupio za ten wybuch emocji, ale starał się tego po sobie nie pokazać. W końcu nie chciał, aby Sara czuła się niechciana. Przyszedł tutaj, bo nie mógł znieść myśli, że się o niego martwiła, że byłby czymś smutnym, utrapieniem. Chciał być pozytywną częścią jej życia, acz musiał sobie uświadomić, że wszechświat nie działał w ten sposób, że wszystko musiało być w harmonii.
- Właściwie, myślałem. Em. To trochę głupie, to bardzo głupie, bo jeżeli nie chcesz tego robić to w porządku, bo to nie po to tu przyszedłem, nie musi to być w ogóle teraz, ani nawet jakoś niedługo, ale może, em, może kiedyś - wylanie z siebie wszystkich tych emocji sprawiło, ze język wciąż się plątał, zwłaszcza, ze czuł się poniekąd zawstydzony całą tą sytuacją, a już na pewno prośba, która miała zaraz paść.
- Myślisz, że mogłabyś mi pomóc w tym, abym przeprosił mojego brata? Mam na myśli, wiesz jego... no. Ducha? - uciekł spojrzeniem, wydawało mu się, że wypalił z tym za szybko, ale, przecież, Macmillan powiedziała, że chciała być dla niego wsparciem, pomocą, tak? Uznał, że może taka prośba sprawi, że dziewczyna poczuje, iż faktycznie chce na niej polegać, że jest mu bliska, że jej ufa.
Tak czy siak musieli to odłożyć na potem - nie pytał o teraz, pytał o przyszłość. O ewentualną pomoc.
Teraz chciał spędzić trochę czasu w jej towarzystwie, napić się ziołowej herbaty. Na chwilę odetchnąć.
Koniec sesji
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you