23.05.2023, 06:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2023, 06:26 przez Elliott Malfoy.)
Dotyk był chłodny, jak muśnięcie delikatnego wiatru, który zwiastował dopiero co zbliżającą się małymi krokami wiosnę.
Czuł się trywialnie przyziemnie, gdy jego umysł błądził meandrami po panicznych stopniach traumy, podjętych decyzji i konsekwencji, które sam usadowił sobie na barkach.
Poczuł to. W końcu dobitnie zrozumiał, dlaczego pozwolił tej kobiecie zostać w swoim życiu tak długo, dlaczego wplótł w jej świadomość swój największy sekret, który w tak bestialski sposób odrzuciła. Nie rozumiał skąd w tak delikatnej i ciepłej istocie tyle nienawiści i niezrozumienia. Wprawiało go to w konsternacje, która spowodowała, że Simone spędziła w Lecznicy Dusz o wiele dłuższy czas niż faktycznie miała. Wahał się nad podjęciem decyzji, próbował przekonywać, że przecież ostatecznie go zaakceptuje, że wszystkie dobre i ciepłe cechy, jakie z nią wiązał na pewno przezwyciężą wpojone przez sztywne ramy konserwatywnego wychowania obrzydzenie.
Była mu bliska; jego sercu, jego duszy, nawet umysłowi.
A on był zdezorientowany. Tak bardzo zagubiony. W swoich własnych myślach, decyzjach. W skrusze, którą poniekąd odczuwał i w kalejdoskopie odczuć, które raziły swoją intensywnością. Po stokroć ich nienawidził, całe życie zwalczał.
Nie uraczył jej już ani jednym słowem, obserwując jak chłodna, transparentna sylwetka kobiety, którą jeszcze niedawno nazywał żoną rozpływa się w cieple dnia, pierwszych promieniach kolejnej kartki w kalendarzu.
Przedstawienie musi trwać.
Oczy go zapiekły, a w piersi zabrakło tchu. W niemej ciszy kolorowe zdobienia dziecięcego pokoju pławiły się w pierwszych promieniach słonecznych. Chłód poranka osiadał na londyńskich oknach niemym pożegnaniem nocy. Rozsiewał nieuronione łzy po źdźbłach trawy Hyde Parku i kielichach przebiśniegów.
Opadające na czoło blond włosy łaskotały, a nieprzyjemne echo chłodnego dotyku pozostawało na kościach policzkowych. Powoli wykrzywiająca się w rosnącym zdezorientowaniu twarz dopiero co przebudzonego Nicholasa otrzeźwiła go wystarczająco. Bardziej niż jutrzenka, bardziej niż gęsia skórka czy prawie że bezsenna noc. Podniósł syna w naturalnie czułym geście i utuliwszy go, pozwolił sobie na powolne pobujanie, coby chociaż dziecko zaznało odrobinę więcej snu i spokoju, a mniej konsternacji i łez. Na te ostatnie miało jeszcze przecież całe życie.
Wyszeptał pod nosem pare czułych słów, tak, że tylko zbliżona, młoda istota mogła go usłyszeć.
Nie pozwolił sobie na dalszy smutek. W żadnym stopniu mu się on przecież nie należał.
Czuł się trywialnie przyziemnie, gdy jego umysł błądził meandrami po panicznych stopniach traumy, podjętych decyzji i konsekwencji, które sam usadowił sobie na barkach.
Poczuł to. W końcu dobitnie zrozumiał, dlaczego pozwolił tej kobiecie zostać w swoim życiu tak długo, dlaczego wplótł w jej świadomość swój największy sekret, który w tak bestialski sposób odrzuciła. Nie rozumiał skąd w tak delikatnej i ciepłej istocie tyle nienawiści i niezrozumienia. Wprawiało go to w konsternacje, która spowodowała, że Simone spędziła w Lecznicy Dusz o wiele dłuższy czas niż faktycznie miała. Wahał się nad podjęciem decyzji, próbował przekonywać, że przecież ostatecznie go zaakceptuje, że wszystkie dobre i ciepłe cechy, jakie z nią wiązał na pewno przezwyciężą wpojone przez sztywne ramy konserwatywnego wychowania obrzydzenie.
Była mu bliska; jego sercu, jego duszy, nawet umysłowi.
A on był zdezorientowany. Tak bardzo zagubiony. W swoich własnych myślach, decyzjach. W skrusze, którą poniekąd odczuwał i w kalejdoskopie odczuć, które raziły swoją intensywnością. Po stokroć ich nienawidził, całe życie zwalczał.
Nie uraczył jej już ani jednym słowem, obserwując jak chłodna, transparentna sylwetka kobiety, którą jeszcze niedawno nazywał żoną rozpływa się w cieple dnia, pierwszych promieniach kolejnej kartki w kalendarzu.
Przedstawienie musi trwać.
Oczy go zapiekły, a w piersi zabrakło tchu. W niemej ciszy kolorowe zdobienia dziecięcego pokoju pławiły się w pierwszych promieniach słonecznych. Chłód poranka osiadał na londyńskich oknach niemym pożegnaniem nocy. Rozsiewał nieuronione łzy po źdźbłach trawy Hyde Parku i kielichach przebiśniegów.
Opadające na czoło blond włosy łaskotały, a nieprzyjemne echo chłodnego dotyku pozostawało na kościach policzkowych. Powoli wykrzywiająca się w rosnącym zdezorientowaniu twarz dopiero co przebudzonego Nicholasa otrzeźwiła go wystarczająco. Bardziej niż jutrzenka, bardziej niż gęsia skórka czy prawie że bezsenna noc. Podniósł syna w naturalnie czułym geście i utuliwszy go, pozwolił sobie na powolne pobujanie, coby chociaż dziecko zaznało odrobinę więcej snu i spokoju, a mniej konsternacji i łez. Na te ostatnie miało jeszcze przecież całe życie.
Wyszeptał pod nosem pare czułych słów, tak, że tylko zbliżona, młoda istota mogła go usłyszeć.
Nie pozwolił sobie na dalszy smutek. W żadnym stopniu mu się on przecież nie należał.
Koniec sesji
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦