23.05.2023, 15:32 ✶
- Leta ma rację, gdyby chodziło tylko o mnie, pewnie byłbym pierwszy – mruknął Cathal z zastanowieniem, kładąc dłoń na jednej z książek, którą parę chwil temu przekartkował. Rzeczywiście, z jednej strony był spoiwem, łączącym tę dwójkę. Z drugiej, mogło być też i tak, że ich wybrano czy to przypadkowo, czy to z trudnych do odgadnięcia w tej chwili powodów, a on sam stał się celem, ponieważ nie pozwolił ich zabić. W tej chwili Shafiq nie był jeszcze pewien, czy to na pewno on miał być obiektem ataku.
– Sam też byłem za granicą, ale to nie takie proste, Let. Równie dobrze to może być ktoś, kto miał do ciebie uraz ze szkoły, a teraz zyskał nową umiejętność, w wizji był przecież Hogwart. Albo tak jak mówisz, jakiś wróg twojego ojca… może to jest właściwy trop? – rzucił, opadając na kanapę. Machnął przy tym przy okazji ręką w bliżej niesprecyzowanym kierunku, jakby chciał w ten sposób im zasugerować, by też usiedli. Nie byli w końcu na spotkaniu wewnętrznego kręgu Voldemorta. Wprawdzie też spiskowali, jak kogoś znaleźć i zapewne zabić, ale nie musieli przy okazji stać na baczność.
Ożywił się trochę, kiedy Alethea wspomniała o „Esach i Floresach” i spojrzał na nią jakby uważniej.
– Też byłem w „Esach i Floresach” i też mniej więcej po wyjściu stamtąd zacząłem mieć wrażenie, że coś jest nie tak. Spotkałem tam… sprzedawczynię, młoda, ruda, chyba świeżo po Hogwarcie, jakąś matkę z dwójką dzieci, niska blondynka, dzieciaki koło pięciu, sześciu lat i Fineasa Wellingtona. Wciąż mieszka zdaje się w pobliżu, na skraju Little Hangleton – wyrecytował Cathal. Fineas Wellington był mężczyzną od nich starszym, fascynatem numerologii i astronomii, niespełnionym archeologiem, który czasem współpracował z Shafiqami i który zdaniem Cathala – ze swoją pamięcią mającego wyjątkowo duże wymagania – cechował się inteligencją przeciętnego osła. Dość paskudnie pomylił się w obliczeniach, które zlecili mu Shafiqowie przy okazji wykopalisk w Egipcie.
– Pamiętałem, co przydarzyło się wam, więc próbowałem przyłapać go na gorącym uczynku. Zatłoczone sklepy, boczne alejki, nagłe zmiany kierunku. Nikogo nie zobaczyłem częściej niż dwa razy. Spośród osób, które znałam, mignął mi uzdrowiciel z Munga z Fawleyów, jeden z twoich kuzynów Crouchów, poza tym Jared Quinbeck. – Z nim Cathal był kiedyś na roku, a teraz pracował w Ministerstwie Magii, więc od biedy też był pewnym powiązaniem, bo Ulysses na pewno znał go z pracy, Alethea z Pokoju Wspólnego, a Cathal z zajęć. Problem polegał na tym, że był to czarodziej półkrwi, wysoki jak tyczka, blady jak duch, miał blond włosy i nie tylko zupełnie nie przypominał mężczyzny, o którym śnili. Poza tym był raczej typem lizusa niż mordercy. – Przeszedłem właściwie całą Pokątną, specjalnie zatrzymałem się też w alejce przy Nokturnie. Aportowałem się pod dom i nie zauważyłem, żeby ktoś w pobliżu się kręcił, a to sprawdzałem. Dostrzegacie jakieś punkty wspólne?
– Sam też byłem za granicą, ale to nie takie proste, Let. Równie dobrze to może być ktoś, kto miał do ciebie uraz ze szkoły, a teraz zyskał nową umiejętność, w wizji był przecież Hogwart. Albo tak jak mówisz, jakiś wróg twojego ojca… może to jest właściwy trop? – rzucił, opadając na kanapę. Machnął przy tym przy okazji ręką w bliżej niesprecyzowanym kierunku, jakby chciał w ten sposób im zasugerować, by też usiedli. Nie byli w końcu na spotkaniu wewnętrznego kręgu Voldemorta. Wprawdzie też spiskowali, jak kogoś znaleźć i zapewne zabić, ale nie musieli przy okazji stać na baczność.
Ożywił się trochę, kiedy Alethea wspomniała o „Esach i Floresach” i spojrzał na nią jakby uważniej.
– Też byłem w „Esach i Floresach” i też mniej więcej po wyjściu stamtąd zacząłem mieć wrażenie, że coś jest nie tak. Spotkałem tam… sprzedawczynię, młoda, ruda, chyba świeżo po Hogwarcie, jakąś matkę z dwójką dzieci, niska blondynka, dzieciaki koło pięciu, sześciu lat i Fineasa Wellingtona. Wciąż mieszka zdaje się w pobliżu, na skraju Little Hangleton – wyrecytował Cathal. Fineas Wellington był mężczyzną od nich starszym, fascynatem numerologii i astronomii, niespełnionym archeologiem, który czasem współpracował z Shafiqami i który zdaniem Cathala – ze swoją pamięcią mającego wyjątkowo duże wymagania – cechował się inteligencją przeciętnego osła. Dość paskudnie pomylił się w obliczeniach, które zlecili mu Shafiqowie przy okazji wykopalisk w Egipcie.
– Pamiętałem, co przydarzyło się wam, więc próbowałem przyłapać go na gorącym uczynku. Zatłoczone sklepy, boczne alejki, nagłe zmiany kierunku. Nikogo nie zobaczyłem częściej niż dwa razy. Spośród osób, które znałam, mignął mi uzdrowiciel z Munga z Fawleyów, jeden z twoich kuzynów Crouchów, poza tym Jared Quinbeck. – Z nim Cathal był kiedyś na roku, a teraz pracował w Ministerstwie Magii, więc od biedy też był pewnym powiązaniem, bo Ulysses na pewno znał go z pracy, Alethea z Pokoju Wspólnego, a Cathal z zajęć. Problem polegał na tym, że był to czarodziej półkrwi, wysoki jak tyczka, blady jak duch, miał blond włosy i nie tylko zupełnie nie przypominał mężczyzny, o którym śnili. Poza tym był raczej typem lizusa niż mordercy. – Przeszedłem właściwie całą Pokątną, specjalnie zatrzymałem się też w alejce przy Nokturnie. Aportowałem się pod dom i nie zauważyłem, żeby ktoś w pobliżu się kręcił, a to sprawdzałem. Dostrzegacie jakieś punkty wspólne?