Jedną z najlepszych rzeczy, jakie wnosiła magia do leczenia, była możliwość zignorowania odzieży. Mugole musieli zająć się przedziurawionym materiałem, którego fragmenty wsiąkały w ranę. Czarodzieje mieli robiące to za nich zaklęcia i mikstury. I to bez obaw o zakażenie.
Ezechiel złapał za jedną z większych buteleczek latających wokół niego. Zakończona była rozpylaczem. Spryskał ranę na ramieniu eliksirem odkażającym. W przeciwieństwie do mugolskich środków, mikstura powodowała delikatnie uczucie chłodu. Żadnego szczypania, czy innych nieprzyjemności. Czarodziej przyjrzał się ranie, by ocenić głębokość, ale stanowiła ona problemu. Zdecydowanie mogło obyć się bez szycia. Przyłożył delikatnie jeden z liści do rany. Miało to pobudzić regenerację tkanki.
— Enervate.
Przesunął różdżką powoli wzdłóż rany, a ta zasklepiła się nie zostawiając po sobie blizny, ani bólu.
Ezechiel obszedł pacjentkę wokół, by dotrzeć do uda. Sytuacja wyglądała podobnie, więc wykonał dokładnie te same czynności. Jeśli sytuacja tego wymagała, rzucił też reparo na ewentualne przecięcia w ubraniu czarownicy.
Podczas udzielania pomocy zwrócił też uwagę, czy na przedramieniu ma ona widoczny Mroczny Znak. W końcu Śmierciożercy mieli być tutaj traktowani wyjątkowo, a zawsze bał się pytać wprost.
— Czy mogę pomóc w czymś jeszcze? — spytał.
Kiedyś zamiast tego zwrotu użył "Czy coś jeszcze panu dolega?" i w odpowiedzi dostał "Ty mi dolegasz" i pięść w nos, dlatego wysilając szare komórki zaczął posługiwać się czymś bardziej pasującym do jego służalczego stanowiska.
Wyrzucił zużyte liście do kosza, a latające fiolki oddelegował na miejsce. Niestety jedna z nich odbiła się od innej i upadły razem na podłogę zbijając się. Co dziwniejsze, gdy ich zawartość się zmieszała, stworzyła nieduży płomień.
Ezechiel zapowietrzył się i przeklął po niemiecku.
— Najmocniej p-przepraszam... T-to nic takiego...
Prawie rzucił się na ogień, by osłonić ten widok własnym ciałem. Jak w ogóle mógł dopuścić do takiego wypadku! Ściągnął swój płaszcz i zaczął nim gasić pożar (a raczej pożarek), który niespecjalnie chciał przerwać swoją egzystencję. Ezechiel podejrzewał, że cała mieszanka musi się wypalić, by ogień zniknął, ale zdecydowanie nie mógł na to czekać. Nie na oczach pacjentki!