— Wywarze Żywej Śmierci, tak... Bycie alchemikiem pasowałoby do niego. Być może eksperymentował na mnie sposoby na nieśmiertelność...
Ururu urwał. To miało zbyt dużo sensu. W końcu jego ciało nie postarzało się podczas tych czterdziestu lat śpiączki. Zmieniło się bardzo, ale wciąż wyglądał na dwadzieścia lat. Cóż, tak naprawdę to jeszcze mniej, ale taka jego uroda.
Skinął głową na słowa Heather. No to wchodzą.
Zeszli w dół. Przed samymi drzwiami Ururu się zawahał, ale nacisnął klamkę. Oczywiście zamknięte, ale Alohomora załatwiła sprawę. Wziął wdech i otworzył drzwi. Wszedł powoli do środka. Zapalił światło.
Pomieszczenie zdecydowanie nie świeciło czystością, ale nie było też zagracone. Część regałów była pełna książek, część słoiczków i fiolek. W oczy rzucały się różne sprzęty do warzenia eliksirów. Ururu zaczął ciężko oddychać spoglądając na stół ustawiony na samym środku. To na nim się obudził, a kto wie, jak długo na nim leżał.
W końcu oderwał się i ruszył w stronę biurka. Przeglądał szufladę za szufladą wyciągając wszelkie notesy i notatki.
— Rozejrzyjmy się za jakąś torbą, nie damy rady tego po prostu przenieść.
Zasypał biurko kupą papierów. Bardzo chciał poznać ich zawartość, ale też nie miał zamiaru siedzieć w tym paskudnym miejscu szczególnie długo. Znalazł przyrządy do pisania, papeterię, kilka drobnych monet. Te ostatnie od razu schował do kieszeni.
Przy biurku nie było żadnej aktówki, ani niczego takiego, ale może Heather będzie miała większe szczęście. Ururu przyjrzał się więc pobliskiemu regałowi. Kojarzył niektóre z książek, część zaś była zupełnie nowa. Mężczyzna rzeczywiście był alchemikiem. Interesował się także czymś jeszcze. Dziedziną podobną, ale jednak owianą znacznie gorszą sławą — nekromancją. Ururu zaczął wyjmować wszystkie książki, które miał zamiar zabrać ze sobą.