To wszystko to była prawda – Dolina Godryka faktycznie była bardzo urokliwym miejscem. Pewnie właśnie dlatego, choć Victoria posiadała swoje własne mieszkanie (prawie całkiem nieumeblowane i wyglądające, jakby nikt tam nie mieszkał bo była to prawda…), wciąż jednak mieszkała przy swojej rodzinie, tutaj, pośród sadów, wrzosowisk i pól. Kwiatów. Kochała kwiaty, może dlatego tak trudno było się rozstać z tym miejscem, a może z wygody, bądź z jeszcze innego powodu, choć było ją stać i mogła sobie pozwolić, to ciągle tkwiła tu. Miało to swoje plusy jak i minusy, jednak tego konkretnego dnia chodziło zdecydowanie o to pierwsze.
Matka uprzedziła ją, że ktoś od Shafiqów ma dzisiaj wpaść w prawach… trudno to było nazwać biznesowymi, bo Victoria nie prowadziła żadnego swojego biznesu, nie było to jej źródło utrzymania, ledwie hobby i ciekawość. Możliwość do dalszej nauki, szlifowania swoich umiejętności, po części utrzymywania kontaktów. Dopiero gdzieś na szarym końcu była sprawa pieniędzy, na które Victoria i tak mogła machnąć ręką. Ale do brzegu – dzisiaj miał wpaść ktoś od Shafiqów, chodziło o eliksiry, co Tori przyjęła skinięciem głową. Prawdę mówiąc niewiele ją obchodziło, czy ktoś po znajomości (bo to wszystko było po znajomości…) prosił o coś mniej bądź bardziej nielegalnego. Jasne, pracowała w Ministerwstwie, tak, była aurorką… ale kiedy schodziła do piwnicy i stała nad kociołkami, to przestawało mieć znaczenie. Nie nosiła wtedy munduru. Zresztą… Zawsze mogła odmówić – i peplać raczej by nie peplała. Chociaż wiadomo, wszystko zależało od tego, co wydarzy się później. Tym niemniej ceniła sobie to, że była dyskretna. Ostatecznie zgłaszali się do niej czarodzieje czystej krwi, i nie bez powodu woleli załatwić coś w ten sposób, a nie kręcić się po Pokątnej czy Nokturnie by dostać coś gotowego już tam.
Dom, rezydencja właściwie, był zadbany. Widać było, że nie jest nowo wybudowany, że muszą tu mieszkać czarodzieje być może od kilku pokoleń. Co z pewnością mogło się rzucić w oczy Cathala to to, że kwiaty były zadbane, zasiane tak, by kiełkujące i wyrośnięte tworzyły zgrabną, schludną kompozycję. Tutaj nie było miejsca na przypadki.
Drzwi nie otworzyła Victoria, ani jej matka, ani żaden czarodziej prawdę mówiąc. Po tym, jak było wiadome, że ktoś przyszedł i czeka pod drzwiami, otworzyła niewysoka skrzatka, ubrana w schludny, czysty fartuszek. Uniosła głowę do góry, spojrzała na wysokiego mężczyznę tymi swoimi dużymi, nieco przestraszonymi oczyma, potem zlustrowała jego ubranie… I ona wiedziała, że ktoś był na dzisiaj umówiony.
- D-d-dzień dobry. P-panie…? – wpuściła go dopiero, kiedy powiedział swoje nazwisko i o ile nie okazało się jakimś nieśmiesznym żartem… Więc jeśli wszystko się Strzałce (bo tak skrzatka miała na imię) zgadzało, wtedy wydukała swoje: - P-prosz-szę wejść. Za-zaraz poproszę p-panienkę – i poprowadziła go do niedużego (jak na wielkość tego domu), choć gustownie wyszykowanego saloniku znajdującego się na lewo od korytarza, do którego wchodziło się do domu. Była tam kanapa, okrągły stolik, dwa fotele, kominek, w którym teraz nie palił się żaden ogień i regały. Z książkami różnych rodzajów i dziedzin. A także kwiaty. - N-napije się p-pan czegoś? – skrzatka zapytała jeszcze nim zniknęła po pstryknięciu palców.