24.05.2023, 21:01 ✶
Biblioteka była zróżnicowana. Pozycje historyczne w większości czytał, niektóre astronomiczne kojarzył z tytułów, stworzenia i zioła zupełnie go nie interesowały. Zastanawiał się, czy to odmienne zainteresowania domowników, księgozbiór przekazywany z pokolenia na pokolenia, czy może przypadkowo dobrane pozycje, drobna pokazówka? Sposób, w jaki zostały ułożone, na pewno sugerował jedno z dwóch – nerwicę natręctw (gdyby ktoś powiedział Cathalowi, że porządki na tym regale wprowadził Ulysses, uwierzyłby natychmiast) albo chęć sprawienia, że regał będzie się elegancko prezentował.
Te postacie pozostawały bez odpowiedzi, ale Shafiq był człowiekiem, który miał skłonności do analizowania.
Odwrócił się, na dźwięk kroków. Victoria, według standardów czarodziei czystej krwi, była ubrana zapewne po prostu zwyczajnie – ale Cathal, spędzający lwią część czasu na pustkowiach, przywykł do zupełnie innych norm. Znane mu kobiety rzadko nosiły spódnice czy suknie na co dzień. A tutaj wyglądali zapewne trochę jak z dwóch różnych światów, ona, wcielenie elegancji, angielska dama, i on, prezentujący się dokładnie jak ten, którym był: ktoś, kto raczej nie przebywał do niedawna pod angielskim słońcem, obieżyświat, którego ustępstwem na rzecz wymogów dobrego wychowania była ciemna koszula.
- Dzień dobry – odparł, spoglądając na jej twarz, choć już sam głos wprawił w ruch wahadła umysłu, który zaczął natychmiast poszukiwać odpowiedniej szufladki. Nie zmieniła się na tyle, by jej nie rozpoznał. Zaklął nawet w myślach, że ciotka nie podała mu imienia, bo gdyby wiedział, że „praca w Ministerstwie” oznacza „pracę Brygadzistki” (czy raczej aurorki, ale o tym, że zmieniła biura, już nie miał pojęcia), prawdopodobnie nigdy by tu nie przyszedł.
– Myślę, że mieliśmy przyjemność, panno Lestrange – powiedział bez mrugnięcia okiem. Nie było sensu jej okłamywać, zwłaszcza, że istniała szansa, że wymienienie imienia i nazwiska sprawi, że coś skojarzy. Ale nie rozwinął wypowiedzi już absolutnie celowo, z sobie tylko znanych powodów. Uścisnął jej rękę: miał dłonie kogoś, komu nie obcy jest wysiłek fizyczny, pokryte odciskami i spalone przez słońce jeszcze mocniej niż twarz, którą na pustyni zwykle skrywał pod rondem kapelusza i grubą warstwą mazideł Nell Bagshot. – Cathal Shafiq. Potrzebuję paru fiolek eliksiru powodującego zanik pamięci… przy czym wedle specyficznej receptury, bo zależy mi, aby mikstura była słaba i wymazywała jedynie wspomnienia z ostatnich paru godzin. Moja ciotka wspomniała, że niekiedy przyjmuje pani takie zlecenia.
Być może był nieco nadmiernie bezpośredni, od razu przechodząc do sedna, zamiast pobawić się jeszcze chwilę w uprzejmości, ale Cathal nigdy nie miał do takich rzeczy zbyt wiele cierpliwości. A ostatecznie nie byli na sali balowej, gdzie te wszystkie grzeczne wzmianki o pogodzie były szczególnie istotne.
Te postacie pozostawały bez odpowiedzi, ale Shafiq był człowiekiem, który miał skłonności do analizowania.
Odwrócił się, na dźwięk kroków. Victoria, według standardów czarodziei czystej krwi, była ubrana zapewne po prostu zwyczajnie – ale Cathal, spędzający lwią część czasu na pustkowiach, przywykł do zupełnie innych norm. Znane mu kobiety rzadko nosiły spódnice czy suknie na co dzień. A tutaj wyglądali zapewne trochę jak z dwóch różnych światów, ona, wcielenie elegancji, angielska dama, i on, prezentujący się dokładnie jak ten, którym był: ktoś, kto raczej nie przebywał do niedawna pod angielskim słońcem, obieżyświat, którego ustępstwem na rzecz wymogów dobrego wychowania była ciemna koszula.
- Dzień dobry – odparł, spoglądając na jej twarz, choć już sam głos wprawił w ruch wahadła umysłu, który zaczął natychmiast poszukiwać odpowiedniej szufladki. Nie zmieniła się na tyle, by jej nie rozpoznał. Zaklął nawet w myślach, że ciotka nie podała mu imienia, bo gdyby wiedział, że „praca w Ministerstwie” oznacza „pracę Brygadzistki” (czy raczej aurorki, ale o tym, że zmieniła biura, już nie miał pojęcia), prawdopodobnie nigdy by tu nie przyszedł.
– Myślę, że mieliśmy przyjemność, panno Lestrange – powiedział bez mrugnięcia okiem. Nie było sensu jej okłamywać, zwłaszcza, że istniała szansa, że wymienienie imienia i nazwiska sprawi, że coś skojarzy. Ale nie rozwinął wypowiedzi już absolutnie celowo, z sobie tylko znanych powodów. Uścisnął jej rękę: miał dłonie kogoś, komu nie obcy jest wysiłek fizyczny, pokryte odciskami i spalone przez słońce jeszcze mocniej niż twarz, którą na pustyni zwykle skrywał pod rondem kapelusza i grubą warstwą mazideł Nell Bagshot. – Cathal Shafiq. Potrzebuję paru fiolek eliksiru powodującego zanik pamięci… przy czym wedle specyficznej receptury, bo zależy mi, aby mikstura była słaba i wymazywała jedynie wspomnienia z ostatnich paru godzin. Moja ciotka wspomniała, że niekiedy przyjmuje pani takie zlecenia.
Być może był nieco nadmiernie bezpośredni, od razu przechodząc do sedna, zamiast pobawić się jeszcze chwilę w uprzejmości, ale Cathal nigdy nie miał do takich rzeczy zbyt wiele cierpliwości. A ostatecznie nie byli na sali balowej, gdzie te wszystkie grzeczne wzmianki o pogodzie były szczególnie istotne.