Mroczny Znak był jak legitymacja członkowska. Pokazujesz odpowiednim służbom i cyk, darmowe usługi. Bycie Śmierciożercą miało wiele interesujących bonusów, które nie widniały w ofercie pracy, bo w końcu nie o to tu chodziło. Pomijając, że żadnych ofert nie było, a to nie praca, tylko powołanie.
— Ahm... Uhm... T-tak jakby... Dziękuję... — wybąkał nie spodziewając się komplementu. Wykonał poprawnie swoją robotę. A brak kontaktu z miłym słowem od dłuższego czasu sprawiło, że teraz każde takie wydawało mu się o wiele nad wyraz.
— Nocy...? — Dopytał, wciągając się w konwersację. Nie robił tego. Unikał. Ale kobieta miała bardzo przyjazne nastawienie i jej ciepły głos zachęcił czarodzieja do odpowiedzi. Być może przez to doszło do tragedii z eliksirami?
Jak dobrze, że fiolki już się stłukły, inaczej mogło by dość do jeszcze większego zawirowania, gdy kobieta zainicjowała kontakt fizyczny. Szczęśliwie, Ez nie oberwał tu jeszcze ani razu, czy to od różdżki, czy od ręki. Jego służalcze podejście oraz niedocenione umiejętności sprawiały, że nawet najbardziej agresywny jegomość wolał zachować lekarza w dobrym stanie. Poza tym, za wszelkie uszczerbki na jego zdrowiu odpowiadaliby przed panną Rookwood.
— B-być może... — odpowiedział i odsunął się. Bezsensownie powachlował jeszcze płaszczem czując, jak krew odchodzi mu od głowy. Przestraszył się gestu Noémie i nawet nie wiedział, że na jego blade lico wstąpił nikły rumieniec. — T-to się zaraz wy-wypali samo. Proszę się nie martwić. I... skoro nic więcej pani nie dolega, to z mojej strony t-to wszystko...
Zdecydowanie chciał ją jak najszybciej spławić, kiedy do gabinetu wpadł jakiś potężny czarodziej z ociekającym psidwakiem na rękach.
— Hej, ty! — Krzyknął na Ezechiela. — Podejdź tu i weź zrób coś! Ząb mu wypadł!
— Przepraszam, ale nie sądzę, że to możliwe... — odpowiedział czarodziej kompletnie zbity z tropu. Czuł, ze zaraz oberwie tym psem po twarzy. Olbrzym jednak westchnął, wyzwał go od nieudaczników i sobie poszedł, zostawiając kałużę błota na posadzce.
Przepraszając Noémie za ten incydent, pognał w okolicę drzwi, by za pomocą różdżki oczyścić podłogę. Cóż za życie! Jaka szkoda, że obecna tu pani Śmierciożerca musiała się przyglądać, jak von Jundegingen był traktowany.