- Tak będzie najwygodniej – skwitowała i odebrała karteczkę od Cathala. Kiedy wzięła ją w rękę, przyjrzała się temu, co tam napisał – to był trochę odruch. Wolała się upewnić teraz, że nie wypisał jej tam jakichś niemożliwych do rozczytania bohomazów, albo jakiejś głupoty, po której musiałaby się natrudzić, by się z nim skontaktować (ale wspomniał już o ciotce, wiec jakby bardzo potrzebowała, to pewnie jakoś znalazłaby do niego kontakt). Na szczęście jednak te domysły można było zostawić gdzieś z boku, bo Lestrange nie miała większego problemu, by odczytać adres. Pokiwała wtedy głową i odłożyła karteczkę na stolik, wracając spojrzeniem do mężczyzny.
Układ był dobry, wiedziała o tym. Zaproponowała to, bo zwyczajnie nie miała nic przeciwko, a już sama możliwość poeksperymentowania była radością samą w sobie – w odkrywaniu czegoś nowego, czegoś, co może się komuś dodatkowo przydać. Jakoś bez tego nie miała motywacji by siedzieć i wymyślać rzeczy, które może będą przełomowe, a może będą kompletną stratą czasu.
- No proszę. Ja byłam… bardzo bliska zrzucenia jej z wieży astronomicznej – raczej nie sprawiała wrażenia osoby, która w szkole psociła i miała zapędy destrukcyjne, ludzie zwykle odbierali ją jako chłodną, zdystansowaną… służbistkę. Zdystansowana była, szkolnym łamaczem regulaminu również nie. Wtedy już jednak była absolwentką… Rzeźba jednak nie wylądowała na błoniach, tylko została ukryta w sali. Może nikt jej już nigdy nie znajdzie, albo zostanie odnaleziona kiedyś zupełnym przypadkiem i ktoś się będzie głowić jak u licha tam trafiła? Ano.. jak. Victoria też nie była do końca pewna jak, miała tylko kilka pomysłów i niejasne wrażenie. - Ach, ta rzeźba. No za to już można przyjąć szlaban z godnością – powiedziała to niemalże śmiertelnie poważnie. Niemalże, bo i jej drgnął kącik ust – ale ktoś mniej uważny mógłby uznać, że ta kobieta pozbawiona jest zdolności żartowania. - Gryfoni to chyba zawsze zbiorowisko największych szkolnych łobuzów – stwierdziła i westchnęła. Za jej czasów… Ta rywalizacja też istniała, a jakże, ale chyba nie była aż tak mocno zacięta. Albo po prostu to Victoria aż tak tego nie czuła, w większości skupiona na sobie i własnym rozwoju. - Ale to nie, pewnie mało mają ze sobą do czynienia. Olivia trafiła do Slytherinu – jak Victoria, jak ich matka, ojciec i mnóstwo innych Lestrange.
- Miła rozmowa nie jest marnowaniem czasu – stwierdziła za to i machnęła ręką, ale sama też się podniosła z fotela. Przecież nie będzie go tutaj trzymać na siłę, nawet jeśli pogawędka była z rodzaju tych przyjemnych, a nie irytujących. Uśmiechnęła się zresztą bardzo leciutko, po czym dość oszczędnym gestem „zaprosiła” go do drzwi, które prowadziły na korytarz. Planowała go, rzecz jasna, odprowadzić, a nie kazać odprowadzić się samemu.