Kontynuacja tego wątku.
Światło ostatniego z katalizatorów zgasło, a ogień ognisk Beltane płonął już jedynie własnym światłem. Na Polanie Ognisk robiło się coraz spokojniej. Dostrzegaliście już tylko jedną walkę w oddali – o ile nie myliły was oczy, na skraju Kniei Godryka z dwójką Śmierciożerców ścierała się Harper Moody, sama szefowa Biura Aurorów. Siła wiatru narastała z każdą chwilą i widzieliście, jak wokół ognisk tworzy się... wir? Wyglądało to tak, jakby żywioł zamykał was w środku tworzącego się kręgu i widzieliście, jak korony drzew chwieją się i uginają niebezpiecznie od tego, jak ten wiatr nimi szarpał – wy jednej nie odczuwaliście tego w taki sposób. To było jak... jak lekki wicher, jakby w wasze policzki uderzyła kojąca, morska bryza. Ten chłód był przyjemny głównie przez rozległe poparzenia, ale również przez potencjalne bezpieczeństwo, jakie zapewniał. Gdyby tylko Harper i jedna, czołgająca się w waszą stronę sylwetka, znalazły się w tym kręgu, wszyscy znajdujący się w zasięgu wzroku pracownicy Ministerstwa znaleźliby się w potencjalnie bezpiecznym od destrukcyjnej mocy żywiołu miejscu. A ta czołgająca się sylwetka? To nie był nikt inny niż panna Moss, pracownica Brygady, która była dzisiejszą partnerką Alastora Moody'ego. Całkowicie pokonana, niemogąca wstać, próbowała za wszelką cenę dostać się do was i krzyczała:
- P-pani Moody jest w niebezpieczeństwie!! – Tyle mogliście wyłapać, bo brak już jej było tchu. Alastor nie mógł tego usłyszeć – znajdując się przy oddalonym od was katalizatorze, potrzebował jeszcze chwili na powrót.
A ogniska?
Płonęły. Wyglądały tak samo majestatycznie jak wcześniej – biła od nich niesamowita energia, tak silna, jak gdyby pod waszymi stopami pulsowała ziemia. W tym ogniu było zawarte wiele emocji – takich, które sprawiały, że chcieliście tańczyć, chcieliście śmiać się i płakać. Nawet rytuał mający blokować takie rzeczy – ten, do którego Longbottomowie zakupili specjalne świece, nie pomógł wam przed odczuwaniem.
W tych płomieniach widzieliście historię. Widzieliście, jak ich języki układają się w fantazyjne wzory i opowiadają wam o przyszłości, teraźniejszości i przyszłości. Widzieliście małych siebie, stawiających pierwsze kroki. Widzieliście wasze pierwsze psy, wasze pierwsze miłosne uniesienia, wasze najpiękniejsze i najsmutniejsze wspomnienia. To było tak, jakby chciały opowiedzieć wam całe wasze życie – aż do teraz. Widzieliście tę walkę, absurdalnie złe rzucone zaklęcia i stawialiście mimowolne kroki w kierunku płomieni. Wydawały się wam być ostateczną, najoczywistszą odpowiedzią na doskwierający wam ból – one miały was uleczyć, one miały przynieść wam upragniony spokój. Widzieliście w nich swój koniec, ale koniec, jakiego mieliście doświadczyć, był czymś całkowicie dobrym. Widzieliście w nich... Victorię Lestrange, leżącą tam, jak gdyby nigdy nic, z włosami wplątanymi w płonące konary. Ogień nic jej nie robił. Po drugiej stronie ogniska, równie nieżywo, choć przynajmniej bez głowy leżącej na rozżarzonym drewnie jak na poduszce, leżeli Patrick Steward i Mavelle Bones. Wszyscy troje wyglądali tak, jakby spali, ale ich oddech był na tyle niedostrzegalny, że aby w ogóle wyłapać to, że nie sięgnęła po nich śmierć, musieliście się nad nimi pochylić. To chyba ich widok pozwolił wam wrócić do normalności. Wraz ze zorientowaniem się, że na ziemi leżeli wasi nieprzytomni przyjaciele, powróciły ból i zwątpienie. I chociaż ogniska Beltane nie wzbudzały w was strachu... coś z nimi chyba było nie tak...
Chyba?