27.05.2023, 23:57 ✶
Mimowolnie skupił wzrok na parze, w którą wpatrywała się Rhiannon, gdy do niej podszedł. Ludzie darzący się ogromnym uczuciem, gruchające zbyt głośno gołąbki. Z zazdrości ukręciłby im kark, acz po kolei, aby jedna ze stron musiała cierpieć bardziej, z tęsknoty. Ta myśl przyniosła mu niespodziewaną satysfakcję, odpłynął do znajomych kosmyków blond włosów, znacznie krótszych, męskich.
Skarcił się w myślach, wracając zmysłami do tu i teraz. Do Rhiannon Pettigrew, która po roku rozłąki w końcu siedziała naprzeciwko niego i uśmiechała się tak samo szeroko na jego widok, jak zapamiętał.
Czy takiego uczucia właśnie chciała? Słodkich słówek, spojrzenia wypełnionego miłością? Mógł jej to wszystko zafundować, tak samo jak zaserwować kolacje i parę butelek szampana, nie musiała daleko szukać, przyglądać się innym. Poczuł jak zazdrość o uwagę kiełkuje w jego wnętrzu, więc przybrał na twarz delikatny uśmiech, nie chcąc zdradzać tego, co trzyma w swoim wnętrzu.
Mógł obdarzyć ją uczuciem, ale nie na długo, nie takim prawdziwym, nie takim, którego pragnęła - nie musiała o tym wiedzieć. Zresztą, tak czy siak nie chciała go od niego. Uważała ich relację za nieodpowiednią, w jakiś sposób godziło to w jego dumę, głównie dlatego odnajdywał przyjemność w, poniekąd, przymuszaniu jej do tego spotkania. Nie widział w tym niczego złego, w końcu uważał, że mógł sięgać po każdą przyjemność, jaką pomieści ta planeta, a urocza blondynka siedząca na przeciwko niego definitywnie wpisywała się w tę definicję.
Melodyjność jej głosu wybrzmiała w jego uszach echem odległych przyjemności. Lekcji spędzonych na ukradkowych spojrzeniach, dyskretnych dotykach, języku braku bezpośredniości, który wisiał pomiędzy nimi nierozładowanym napięciem, do momentu, aż zbliżał się do siebie na tyle, że ciepło oddechu drugiej osoby powodowało gęsią skórkę w chwili podekscytowania.
– Tak uważasz, naprawdę? – zapytał w podekscytowaniu nie odrywając od starszej kobiety spojrzenia, chcąc jej tym przekazać jak bardzo zależy mu na jej opinii. Była to, przynajmniej w połowie, prawda. Oleander był pewną siebie bestią, która patrzyła w lustro z podziwem, aczkolwiek był łasy na komplementy – Zawsze mówiłaś, abym wyrażał się w tym, co robię, a mądrego to przyjemność słuchać, więc postanowiłem podążyć za tą radą też w kwestii wyglądu – podsumował, ukontentowany.
Zauważył, że jest spięta. Po pierwsze, dlatego że dosłownie sekundę temu miał dłoń na jej ramieniu, a po drugie, zbyt dokładnie studiował walory jej ciała podczas zajęć z muzyki, aby ledwo po roku rozłąki nie zauważać takich szczegółów. Miała drobne ramiona, bardzo ładną posturę i nawet w stanie takiego spięcia wydawała mu się niesamowicie atrakcyjna. Z początku miał zamiar pociągnąć za parę strun, aby ją rozluźnić, ale teraz nie był pewien czy w taki sposób jeszcze bardziej go ta sytuacja nie ekscytuje. Było to coś nowego, nieznanego i niesamowicie podniecającego.
Ciężkość zasypanego szklanymi diamentami żyrandola wisiała nad ich głowami, odbijała się w lustrach, jakimi przyozdobiony był półmrok restauracji; powiększały optycznie pomieszczenie, acz tym bardziej upojonym alkoholem mogło wydawać się przez to, że stoliki z gośćmi ciągną się w nieskończoność.
– Jeżeli się chociaż odrobinę kogoś lubi, rok to szmat czasu – bąknął, teatralnie naburmuszony, przypominając w swojej ekspresji chłopca, którym był zaledwie cztery lata temu, a którego niewinności nie miał w sobie już za grosz, chociaż nie wahał się karmić nią innych; kłamstwo na srebrnej łyżeczce. Spojrzał na obrus, odrywając od Rhiannon spojrzenie, kontynuując złudzenie urażenia, chcąc, aby poczuła się źle z tym, że nie wyraziła na głos swojej tęsknoty za jego osobą. Bo przecież musiało jej go brakować, nie mogło być inaczej, nie przyjmował innej wersji wydarzeń do wiadomości.
– Cóż, mam nadzieję, że przyjemną niespodzianką? – zapytał, z nutą nadziei, chociaż tak naprawdę zdawał sobie sprawę, że całe napięcie, jakie towarzyszyło Pettigrew w tej sytuacji było związane z tym, że nie chciała już od niego żadnych zaproszeń, przynajmniej tak sobie wmawiała, jak sądził.
– Nie mów tak – prawie że wciął się jej w zdanie – Jak ktoś, kto uczył mnie gry, z którą teraz wiąże swoja przyszłość, może być nieistotny? Odgrywasz … – specjalnie się zająknął, chcąc podkreślić, że użył czasu teraźniejszego – Odgrywałaś bardzo ważną rolę w moim życiu, nie umniejszaj sobie. Stąd ten szampan – kontynuował z wyjaśnieniami – Chce, abyśmy uczcili pewny etap, myśle, że wcześniej nie zrobiliśmy tego poprawnie, bo ja sam nie wiedziałem czego chciałem. Zaprosiłem cię, bo jesteś dla mnie naprawdę ważną osobą – znów skupił się na niej spojrzeniem. Jego oczy wydawały się zawierać gwiazdozbiory niewypowiedzianych w jej stronę komplementów, które mógłby wyciągać z kapelusza jak iluzjonista na scenie; każdy z nich ładnie ozdobiłby jej osobę, acz były równie złudne co wrażenie, że sztuczki na scenie mają cokolwiek wspólnego z prawdziwą magią.
Nie przeszedł jeszcze do tematu nut, które ze sobą przyniósł, uznał, że będzie na to jeszcze czas, przecież i tak były tylko (poniekąd) wymówką. Ewentualnie planem B, jeżeli usłyszałby za mało komplementów.
Skarcił się w myślach, wracając zmysłami do tu i teraz. Do Rhiannon Pettigrew, która po roku rozłąki w końcu siedziała naprzeciwko niego i uśmiechała się tak samo szeroko na jego widok, jak zapamiętał.
Czy takiego uczucia właśnie chciała? Słodkich słówek, spojrzenia wypełnionego miłością? Mógł jej to wszystko zafundować, tak samo jak zaserwować kolacje i parę butelek szampana, nie musiała daleko szukać, przyglądać się innym. Poczuł jak zazdrość o uwagę kiełkuje w jego wnętrzu, więc przybrał na twarz delikatny uśmiech, nie chcąc zdradzać tego, co trzyma w swoim wnętrzu.
Mógł obdarzyć ją uczuciem, ale nie na długo, nie takim prawdziwym, nie takim, którego pragnęła - nie musiała o tym wiedzieć. Zresztą, tak czy siak nie chciała go od niego. Uważała ich relację za nieodpowiednią, w jakiś sposób godziło to w jego dumę, głównie dlatego odnajdywał przyjemność w, poniekąd, przymuszaniu jej do tego spotkania. Nie widział w tym niczego złego, w końcu uważał, że mógł sięgać po każdą przyjemność, jaką pomieści ta planeta, a urocza blondynka siedząca na przeciwko niego definitywnie wpisywała się w tę definicję.
Melodyjność jej głosu wybrzmiała w jego uszach echem odległych przyjemności. Lekcji spędzonych na ukradkowych spojrzeniach, dyskretnych dotykach, języku braku bezpośredniości, który wisiał pomiędzy nimi nierozładowanym napięciem, do momentu, aż zbliżał się do siebie na tyle, że ciepło oddechu drugiej osoby powodowało gęsią skórkę w chwili podekscytowania.
– Tak uważasz, naprawdę? – zapytał w podekscytowaniu nie odrywając od starszej kobiety spojrzenia, chcąc jej tym przekazać jak bardzo zależy mu na jej opinii. Była to, przynajmniej w połowie, prawda. Oleander był pewną siebie bestią, która patrzyła w lustro z podziwem, aczkolwiek był łasy na komplementy – Zawsze mówiłaś, abym wyrażał się w tym, co robię, a mądrego to przyjemność słuchać, więc postanowiłem podążyć za tą radą też w kwestii wyglądu – podsumował, ukontentowany.
Zauważył, że jest spięta. Po pierwsze, dlatego że dosłownie sekundę temu miał dłoń na jej ramieniu, a po drugie, zbyt dokładnie studiował walory jej ciała podczas zajęć z muzyki, aby ledwo po roku rozłąki nie zauważać takich szczegółów. Miała drobne ramiona, bardzo ładną posturę i nawet w stanie takiego spięcia wydawała mu się niesamowicie atrakcyjna. Z początku miał zamiar pociągnąć za parę strun, aby ją rozluźnić, ale teraz nie był pewien czy w taki sposób jeszcze bardziej go ta sytuacja nie ekscytuje. Było to coś nowego, nieznanego i niesamowicie podniecającego.
Ciężkość zasypanego szklanymi diamentami żyrandola wisiała nad ich głowami, odbijała się w lustrach, jakimi przyozdobiony był półmrok restauracji; powiększały optycznie pomieszczenie, acz tym bardziej upojonym alkoholem mogło wydawać się przez to, że stoliki z gośćmi ciągną się w nieskończoność.
– Jeżeli się chociaż odrobinę kogoś lubi, rok to szmat czasu – bąknął, teatralnie naburmuszony, przypominając w swojej ekspresji chłopca, którym był zaledwie cztery lata temu, a którego niewinności nie miał w sobie już za grosz, chociaż nie wahał się karmić nią innych; kłamstwo na srebrnej łyżeczce. Spojrzał na obrus, odrywając od Rhiannon spojrzenie, kontynuując złudzenie urażenia, chcąc, aby poczuła się źle z tym, że nie wyraziła na głos swojej tęsknoty za jego osobą. Bo przecież musiało jej go brakować, nie mogło być inaczej, nie przyjmował innej wersji wydarzeń do wiadomości.
– Cóż, mam nadzieję, że przyjemną niespodzianką? – zapytał, z nutą nadziei, chociaż tak naprawdę zdawał sobie sprawę, że całe napięcie, jakie towarzyszyło Pettigrew w tej sytuacji było związane z tym, że nie chciała już od niego żadnych zaproszeń, przynajmniej tak sobie wmawiała, jak sądził.
– Nie mów tak – prawie że wciął się jej w zdanie – Jak ktoś, kto uczył mnie gry, z którą teraz wiąże swoja przyszłość, może być nieistotny? Odgrywasz … – specjalnie się zająknął, chcąc podkreślić, że użył czasu teraźniejszego – Odgrywałaś bardzo ważną rolę w moim życiu, nie umniejszaj sobie. Stąd ten szampan – kontynuował z wyjaśnieniami – Chce, abyśmy uczcili pewny etap, myśle, że wcześniej nie zrobiliśmy tego poprawnie, bo ja sam nie wiedziałem czego chciałem. Zaprosiłem cię, bo jesteś dla mnie naprawdę ważną osobą – znów skupił się na niej spojrzeniem. Jego oczy wydawały się zawierać gwiazdozbiory niewypowiedzianych w jej stronę komplementów, które mógłby wyciągać z kapelusza jak iluzjonista na scenie; każdy z nich ładnie ozdobiłby jej osobę, acz były równie złudne co wrażenie, że sztuczki na scenie mają cokolwiek wspólnego z prawdziwą magią.
Nie przeszedł jeszcze do tematu nut, które ze sobą przyniósł, uznał, że będzie na to jeszcze czas, przecież i tak były tylko (poniekąd) wymówką. Ewentualnie planem B, jeżeli usłyszałby za mało komplementów.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦