28.05.2023, 03:20 ✶
Rzadko rozumiał, że na umówione spotkania należy stawić się na czas. Jeżeli był z kimś sam na sam, spóźnienia nie przekraczały piętnastu minut. Ot, po prostu sam nie chciałby czekać dłużej. W sytuacji, gdy zjawiał się na grupowych imprezach, czas zdawał się bardzo luźny, elastyczny i rozciągliwy.
Do nowego lokum Desmonda przybył z czterdziesto minutowym opóźnieniem. W glorii, chwale i salwie powitań, które zazwyczaj były mu na rękę, acz nie gdy napotykał tak znane spojrzenie niebieskich oczu. Zazdrosne, poniekąd zasmucone - przynajmniej tak odbierał to Oleander i właśnie dlatego pod umiejętnie wyciętą marynarkę założył beżowy golf, oszczędzając sobie prezencji nazbyt dobrej i oficjalnej. Z biżuterii, której zazwyczaj miał na sobie sporo, też praktycznie zrezygnował, dobierając jedynie perłową bransoletkę, którą i tak zasłaniał mankiet marynarki.
Towarzystwo innych mu nie przeszkadzało, zwłaszcza, gdy ich obecność definitywnie radowała Desmonda. Nie mógł jednak pozbyć się myśli, że wolałby, aby zostali sami, że nikt inny nie jest im potrzebny, że mogą bawić się tak samo dobrze tylko we dwójkę. Wino przyjemnie spychało te rozmyślenia na drugi plan, przynajmniej tymczasowo, głównie dlatego wypił go odrobinę za dużo, więc gdy ostatni gość opuścił niewielkie mieszkanie, Oleander poczuł jak nieprzyjemna pustka uderza go ze zdwojoną siłą, że lekkie zawroty w głowie nie były spowodowane tylko brakiem uregulowanych godzin snu czy nie zjedzenia większego posiłku (zapchał się dwoma kawałkami ciasta, aby nie przewrócić się po trzecim łyku alkoholu). Nie był pewien kiedy znalazł się na kanapie. Wpatrywania się w sufit, którego wiktoriańskie zdobienia przy złączeniu ze ścianą mieniły mu się w oczach. Z szorstkiego letargu wyrwał go ton głosu Malfoya. Leniwie odwrócił w jego stronę głowę, pozwalając ciemnym i srebrzysto-niebieskim lokom gnieść się o oparcie kanapy i skupił wzrok wpierw na plamie na niebieskiej koszuli, a dopiero potem na zaczerwienionych powiekach. Musiał włożył bardzo dużo siły woli, aby powstrzymać pierwszy odruch, w którym chciał przesunąć palcami po jego policzku. Zamiast tego uniósł się na łokciu, żeby być chociaż odrobinę bliżej.
– Przecież nie było tak źle – zaczął delikatnie, trochę jakby się bał, że od bardziej zdecydowanego tonu rozmówca rozsypie się jak wysokiej jakości porcelana w spotkaniu z marmurową posadzką – Fakt, zostało sporo jedzenia – mruknął.
– Ich strata. Po co ci ludzie, którym na tobie nie zależy. Do porzygu są te wszystkie rozmowy o dupie marynie – westchnął, bo faktycznie strasznie go takowe męczyły.
Do nowego lokum Desmonda przybył z czterdziesto minutowym opóźnieniem. W glorii, chwale i salwie powitań, które zazwyczaj były mu na rękę, acz nie gdy napotykał tak znane spojrzenie niebieskich oczu. Zazdrosne, poniekąd zasmucone - przynajmniej tak odbierał to Oleander i właśnie dlatego pod umiejętnie wyciętą marynarkę założył beżowy golf, oszczędzając sobie prezencji nazbyt dobrej i oficjalnej. Z biżuterii, której zazwyczaj miał na sobie sporo, też praktycznie zrezygnował, dobierając jedynie perłową bransoletkę, którą i tak zasłaniał mankiet marynarki.
Towarzystwo innych mu nie przeszkadzało, zwłaszcza, gdy ich obecność definitywnie radowała Desmonda. Nie mógł jednak pozbyć się myśli, że wolałby, aby zostali sami, że nikt inny nie jest im potrzebny, że mogą bawić się tak samo dobrze tylko we dwójkę. Wino przyjemnie spychało te rozmyślenia na drugi plan, przynajmniej tymczasowo, głównie dlatego wypił go odrobinę za dużo, więc gdy ostatni gość opuścił niewielkie mieszkanie, Oleander poczuł jak nieprzyjemna pustka uderza go ze zdwojoną siłą, że lekkie zawroty w głowie nie były spowodowane tylko brakiem uregulowanych godzin snu czy nie zjedzenia większego posiłku (zapchał się dwoma kawałkami ciasta, aby nie przewrócić się po trzecim łyku alkoholu). Nie był pewien kiedy znalazł się na kanapie. Wpatrywania się w sufit, którego wiktoriańskie zdobienia przy złączeniu ze ścianą mieniły mu się w oczach. Z szorstkiego letargu wyrwał go ton głosu Malfoya. Leniwie odwrócił w jego stronę głowę, pozwalając ciemnym i srebrzysto-niebieskim lokom gnieść się o oparcie kanapy i skupił wzrok wpierw na plamie na niebieskiej koszuli, a dopiero potem na zaczerwienionych powiekach. Musiał włożył bardzo dużo siły woli, aby powstrzymać pierwszy odruch, w którym chciał przesunąć palcami po jego policzku. Zamiast tego uniósł się na łokciu, żeby być chociaż odrobinę bliżej.
– Przecież nie było tak źle – zaczął delikatnie, trochę jakby się bał, że od bardziej zdecydowanego tonu rozmówca rozsypie się jak wysokiej jakości porcelana w spotkaniu z marmurową posadzką – Fakt, zostało sporo jedzenia – mruknął.
– Ich strata. Po co ci ludzie, którym na tobie nie zależy. Do porzygu są te wszystkie rozmowy o dupie marynie – westchnął, bo faktycznie strasznie go takowe męczyły.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦