28.05.2023, 03:25 ✶
Natychmiast odwrócił wzrok w jego kierunku, gdy tylko kątem oka dostrzegł ruch jego rozczochranych loków. Patrzył w milczeniu, jak podciąga się na łokciu, stopniowo zmniejszając dzielącą ich odległość o to kilka smętnych cali, które jeszcze mu zostały. Sfrustrowało go to, więc z bladym uśmiechem spróbował odsunąć się od niego, aby możliwie prędko przywrócić bezpieczny, komfortowy dystans. Za mocno kiwnął przy tym lewą ręką i znowu polał się winem, tym razem mocząc nogawkę brązowych spodni garniturowych.
- Oh - mruknął zaskoczony i nieporadnie strzepał ciecz wolną ręką.
Już cały się kleił, tak go to męczyło.
Otaczali go ludzie, którym na nim nie zależy? Przez chwilę nie mógł uwierzyć w szczerość Oleandra; od lat nie kojarzył mu się z niczym innym poza specyficzną, cóż, słodyczą, może z miodem, gdyby miód dało się zbierać z kwiatów pieprzu. Byłby on jedną z ostatnich osób, które podejrzewałby o tak proste, bezceremonialne potwierdzenie jego obaw... a jednak.
Powoli wypuścił oddech, uważnie przyglądając się wyrazowi jego ciemnych oczu, jakby wciąż zmagał się z problemem odczytania kontekstu jego słów. Miał rację, prawdopodobnie miał rację, nie mógł temu zaprzeczać. Już we wczesnych latach Hogwartu wiedział, że nigdy nie był najważniejszą (czy jakkolwiek istotną) osobą w jego grupie. Gdyby nie to, że reszta przyzwyczaiła do jego pasywnej obecności na tyle mocno, że zaczął stanowić naturalny element tła ich przygód, to szybko przestałby być zapraszany gdziekolwiek.
W ciągu zeszłego roku stare towarzystwo zdążyło już z grubsza rozejść się po świecie i przez ostatnie miesiące coraz dosadniej doświadczał tego, jak małe miał dla nich znaczenie. Nigdy nie mogli znaleźć dla niego czasu, często przekładali lub odwoływali spotkania, które zazwyczaj i tak kończyły się przed ustalonym czasem. Wiedział, że to nie przez ich nowe obowiązki - sam przez cały staż pracował sporo dłużej, niż jeden etat, a absolutnie był w stanie wydzielić wieczór lub dwa w tygodniu na podtrzymywanie znajomości.
Najbardziej ciążyło mu to, że wiedział, że z czasem będzie coraz gorzej. Że będzie sam, że będzie coraz bardziej sam. Zapomniany. Z chęcią upiłby się na śmierć, ale nie potrafił.
- Nawet moi rodzice mnie wyprosili - odparł mokrym głosem; na twarzy dalej miał ten sam wyraz zblazowanego znudzenia. - Ale żal by było marnować dobre geny. Nieprawdaż.
Dopił tę resztkę wina, która dotąd nie zdążyła mu uciec, i zaczął rozglądać się za czymś mocniejszym. Gin, whisky? Wybór celowo utrzymywał wąskim - zadbał o to, żeby w całym mieszkaniu dało się znaleźć ani jednej butelki rumu. Ot, w ramach złudnej higieny psychicznej.
- Oh - mruknął zaskoczony i nieporadnie strzepał ciecz wolną ręką.
Już cały się kleił, tak go to męczyło.
Otaczali go ludzie, którym na nim nie zależy? Przez chwilę nie mógł uwierzyć w szczerość Oleandra; od lat nie kojarzył mu się z niczym innym poza specyficzną, cóż, słodyczą, może z miodem, gdyby miód dało się zbierać z kwiatów pieprzu. Byłby on jedną z ostatnich osób, które podejrzewałby o tak proste, bezceremonialne potwierdzenie jego obaw... a jednak.
Powoli wypuścił oddech, uważnie przyglądając się wyrazowi jego ciemnych oczu, jakby wciąż zmagał się z problemem odczytania kontekstu jego słów. Miał rację, prawdopodobnie miał rację, nie mógł temu zaprzeczać. Już we wczesnych latach Hogwartu wiedział, że nigdy nie był najważniejszą (czy jakkolwiek istotną) osobą w jego grupie. Gdyby nie to, że reszta przyzwyczaiła do jego pasywnej obecności na tyle mocno, że zaczął stanowić naturalny element tła ich przygód, to szybko przestałby być zapraszany gdziekolwiek.
W ciągu zeszłego roku stare towarzystwo zdążyło już z grubsza rozejść się po świecie i przez ostatnie miesiące coraz dosadniej doświadczał tego, jak małe miał dla nich znaczenie. Nigdy nie mogli znaleźć dla niego czasu, często przekładali lub odwoływali spotkania, które zazwyczaj i tak kończyły się przed ustalonym czasem. Wiedział, że to nie przez ich nowe obowiązki - sam przez cały staż pracował sporo dłużej, niż jeden etat, a absolutnie był w stanie wydzielić wieczór lub dwa w tygodniu na podtrzymywanie znajomości.
Najbardziej ciążyło mu to, że wiedział, że z czasem będzie coraz gorzej. Że będzie sam, że będzie coraz bardziej sam. Zapomniany. Z chęcią upiłby się na śmierć, ale nie potrafił.
- Nawet moi rodzice mnie wyprosili - odparł mokrym głosem; na twarzy dalej miał ten sam wyraz zblazowanego znudzenia. - Ale żal by było marnować dobre geny. Nieprawdaż.
Dopił tę resztkę wina, która dotąd nie zdążyła mu uciec, i zaczął rozglądać się za czymś mocniejszym. Gin, whisky? Wybór celowo utrzymywał wąskim - zadbał o to, żeby w całym mieszkaniu dało się znaleźć ani jednej butelki rumu. Ot, w ramach złudnej higieny psychicznej.