28.05.2023, 03:30 ✶
Słodycz alkoholu zbierała z duszy najcelniejsze i najbardziej bezpośrednie stwierdzenia wypychając je na światło dziennie. Już i bez upojenia Oleander wydawał się nie mieć najlepiej działającego filtra, jeżeli o wyrażanie swoich opinii chodzi, a co dopiero po paru głębszych łykach wysokoprocentowych alkoholi i to na pusty żołądek.
Zamrugał, lekko skonsternowany ruchem, który wykonał jego przyjaciel. Desmond wydawał się teraz niesamowicie kruchy, kojarzył się ze znalezionym w ogrodzie małym szczeniakiem, jakiego matka zostawiła na pastwę losu i tak jak do ludzi Oleander nie miał zazwyczaj odpowiednio dużo empatii tak do małych zwierzątek i swojego najlepszego przyjaciela jak najbardziej. Poczuł jak serce ściska mu się z żalu, że powiedział coś, co drugiego chłopaka dotknęło, zabolało i dlatego się od niego odsunął. Zaschło mu w gardle, a oddychanie wydało się na chwilę o wiele trudniejsze, niż powinno być. Dopił resztkę rozgrzanego przez ciepło dłoni wina z oblepionego słodkością ciasta kieliszka i odstawił naczynie na stolik.
– Nie to miałem na myśli, chciałem powiedzieć, że nie ma sensu zabiegać o ich uwagę. Jeszcze sami do ciebie przyjdą, a wtedy zamkniesz im drzwi przed nosem, bo ty nie będziesz ich potrzebował – spróbował wytłumaczyć koncept, który po paru kieliszkach wina wydawał się niesamowicie zawiły, zupełnie jakby słowa uciekły od niego wraz z powietrzem i zdrowym rozsądkiem. Chociaż tego ostatniego nigdy nie miał za wiele.
– Wolałbyś wciąż z nimi mieszkać? Tak masz więcej wolności, ja wolę być poza rodzinnym domem, przynajmniej nikt mi nie patrzy na ręce. Poza tym, masz mnie. Zawsze miałeś, a w Londynie jesteśmy na wyciągnięcie ręki. Ja cię doceniam w każdym calu. To jak rysujesz, ile serca wkładasz w każdy szkic, a ile też w każdą inną czynność, jaką wykonujesz, chociażby zorganizowanie tej parapetówki. Za nic przecież bym nie ominął okazji, aby spędzić z tobą trochę czasu, zwłaszcza, że ostatnio jesteś strasznie zapracowany. Na pewno to też obniża ci nastrój. – nie chciał widzieć go w takim stanie. Nawet jeżeli wyraz twarzy Malfoya nie wyrażał za wiele, jego ruchy i słowa mówiły Oleandrowi wystarczająco. Znał go zbyt długo, aby chociażby zmianę tonu pozostawić niezauważoną.
Siedział teraz z wyprostowanymi plecami. Nie wyglądał na spiętego, ale intensywność rozmowy odrobinę go otrzeźwiła, trzeba było ten stan jak najszybciej zmienić, gdyż każde spojrzenie na blondyna sprawiało, że chciał się do niego zbliżyć. Tak bardzo chciał go dotknąć, a poplamiona koszula wraz ze spodniami wcale nie odpędzały naprzykrzających się myśli.
– Naleje nam więcej alkoholu – stwierdził, chociaż sentencja miała pytające podtony – Chyba, że chcesz się przebrać? Wywabić tę plamę? Musi się kleić. – brzmiał naturalnie, bardzo lekko, acz wewnątrz był dziwnie spięty. Nakładał na siebie ogromną presję, aby kolejnymi słowami nie sprawić, że Desmond odsunie się jeszcze bardziej i to nie tylko fizycznie.
Wstał widząc w zasięgu wzroku jeszcze zamkniętą butelkę ginu. Uniósł kącik ust w zadowolonym grymasie i sięgnął po nią, zaraz też odkręcając korek. Wziął ze stołu jedną z czystych szklanek i nalał trunku do połowy, wyciągając naczynie w kierunku swojego towarzysza, aby ten je przejął.
Zamrugał, lekko skonsternowany ruchem, który wykonał jego przyjaciel. Desmond wydawał się teraz niesamowicie kruchy, kojarzył się ze znalezionym w ogrodzie małym szczeniakiem, jakiego matka zostawiła na pastwę losu i tak jak do ludzi Oleander nie miał zazwyczaj odpowiednio dużo empatii tak do małych zwierzątek i swojego najlepszego przyjaciela jak najbardziej. Poczuł jak serce ściska mu się z żalu, że powiedział coś, co drugiego chłopaka dotknęło, zabolało i dlatego się od niego odsunął. Zaschło mu w gardle, a oddychanie wydało się na chwilę o wiele trudniejsze, niż powinno być. Dopił resztkę rozgrzanego przez ciepło dłoni wina z oblepionego słodkością ciasta kieliszka i odstawił naczynie na stolik.
– Nie to miałem na myśli, chciałem powiedzieć, że nie ma sensu zabiegać o ich uwagę. Jeszcze sami do ciebie przyjdą, a wtedy zamkniesz im drzwi przed nosem, bo ty nie będziesz ich potrzebował – spróbował wytłumaczyć koncept, który po paru kieliszkach wina wydawał się niesamowicie zawiły, zupełnie jakby słowa uciekły od niego wraz z powietrzem i zdrowym rozsądkiem. Chociaż tego ostatniego nigdy nie miał za wiele.
– Wolałbyś wciąż z nimi mieszkać? Tak masz więcej wolności, ja wolę być poza rodzinnym domem, przynajmniej nikt mi nie patrzy na ręce. Poza tym, masz mnie. Zawsze miałeś, a w Londynie jesteśmy na wyciągnięcie ręki. Ja cię doceniam w każdym calu. To jak rysujesz, ile serca wkładasz w każdy szkic, a ile też w każdą inną czynność, jaką wykonujesz, chociażby zorganizowanie tej parapetówki. Za nic przecież bym nie ominął okazji, aby spędzić z tobą trochę czasu, zwłaszcza, że ostatnio jesteś strasznie zapracowany. Na pewno to też obniża ci nastrój. – nie chciał widzieć go w takim stanie. Nawet jeżeli wyraz twarzy Malfoya nie wyrażał za wiele, jego ruchy i słowa mówiły Oleandrowi wystarczająco. Znał go zbyt długo, aby chociażby zmianę tonu pozostawić niezauważoną.
Siedział teraz z wyprostowanymi plecami. Nie wyglądał na spiętego, ale intensywność rozmowy odrobinę go otrzeźwiła, trzeba było ten stan jak najszybciej zmienić, gdyż każde spojrzenie na blondyna sprawiało, że chciał się do niego zbliżyć. Tak bardzo chciał go dotknąć, a poplamiona koszula wraz ze spodniami wcale nie odpędzały naprzykrzających się myśli.
– Naleje nam więcej alkoholu – stwierdził, chociaż sentencja miała pytające podtony – Chyba, że chcesz się przebrać? Wywabić tę plamę? Musi się kleić. – brzmiał naturalnie, bardzo lekko, acz wewnątrz był dziwnie spięty. Nakładał na siebie ogromną presję, aby kolejnymi słowami nie sprawić, że Desmond odsunie się jeszcze bardziej i to nie tylko fizycznie.
Wstał widząc w zasięgu wzroku jeszcze zamkniętą butelkę ginu. Uniósł kącik ust w zadowolonym grymasie i sięgnął po nią, zaraz też odkręcając korek. Wziął ze stołu jedną z czystych szklanek i nalał trunku do połowy, wyciągając naczynie w kierunku swojego towarzysza, aby ten je przejął.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦