28.05.2023, 04:21 ✶
Nie potrafił sobie przypomnieć kiedy ostatnim razem widział tak wyraźny kalejdoskop zmieniających się emocji Desmonda. Satysfakcja jaką czerpał z tego krótkiego momentu miała zostać z nim jeszcze na długo. Dreszcz, który przeszedł jego ciało sprawił, że jedynie cudem powstrzymał się, aby nie przybliżyć się do drugiego mężczyzny, wystawić na większe niebezpieczeństwo. Zaintrygowany, odnotował szaleństwo i szybkie oddechy, jakie towarzyszyły całemu procesowi. Niemalże sam poczuł część przepełniającej tę chwilę euforii, prawie że namacalnej w gęstniejącej atmosferze pomiędzy nimi. Nie był w stanie stwierdzić czy była to miłość, podniecenie, strach czy nienawiść. Wszystkie te uczucia buzowały w nim tworząc mieszankę, jaka z odpowiednim naciskiem mogła bardzo szybko wybuchnąć.
Wydawał się zadowolony. Takim chciał go widzieć. Takim chciał go mieć.
Bardzo szybko zachłysnął się pierwszą dawką euforii i adrenaliny, bo już po chwili cień padający na bladą, w nienaturalnym świetle wręcz porcelanową, twarz blondyna wydał mu się przerażający. Poczuł, że traci panowanie nad sytuacją, że jest w prawdziwym niebezpieczeństwie. Nie rozumiał dlaczego, przecież był w towarzystwie najbliższej sobie osoby, która przecież nie zrobiłaby mu poważnej krzywdy - tak sobie wmawiał, ostatkiem zdrowego rozsądku, który wydawał się konać.
Nie rozumiał, na co właściwie patrzy. Przerażenie ogarnęło go tak samo zaskakująco, jak ból po niespodziewanym ciosie. Sparaliżowany był w stanie jedynie patrzeć z wyczekiwaniem w oczy swojego oprawcy-przyjaciela i czekać. Rozszerzył powieki w przerażeniu, oczami wyobraźni dostrzegając ciężkie szkło rozbijające się o własne czoło. Był skonfundowany. Przecież właśnie tego chciał, ale czy do tego stopnia? Chciał ufać Desmondowi, ale gdy tylko paraliż go opuścił, uniósł ręce w obronnym geście, nie będąc w stanie panować nad naturalnymi odruchami.
Przyspieszony oddech, tłukące się w klatce piersiowej serce.
Dopiero chrzęszczące pod podeszwami szkło ogładziło jego zmysły na tyle, że był w stanie zrozumieć, że napastnik odpuścił, że nic się nie stanie.
Beżowy golf był ubrudzony krwią spływającą z nosa, podekscytowanie opadało, adrenalina była w odwrocie, a Oleander czuł jak jego ciało zaczynało się trząść. Nie mógł tego opanować, nie potrafił.
Bliżej niezidentyfikowany jęk, przypominający głośne westchnienie wydobył się spomiędzy jego warg.
Zabrał ręce sprzed twarzy i dopiero teraz przetarł strużkę krwi spod nosa i ust, brudząc jeszcze bardziej materiał odzieży. Na jasnej skórze pozostały rozmazane smugi czerwieni, ból w prawej części twarzy wciąż do niego nie docierał, był na to zbyt roztrzęsiony.
– Ch-chciałem żeby na chwilę ci ulżyło – wydusił z siebie. Nie brzmiał dobrze, słowa plątały się z ciężkimi oddechami, przez które klatka piersiowa unosiła się nieregularnie.
– Przepraszam, Des? Przepraszam, słyszysz mnie? – wydawał się bardziej spanikowany o stan przyjaciela, niż swój. Potrzebował skupić na czymś myśli, a na pewno nie chciał analizować swojego stanu, swojego przerażenia.
Z trudem podniósł się do pozycji całkiem siedzącej, tylko po to, aby spojrzeć na Malfoya. Wciąż chciał go dotknąć, ale strach przed ciężkością uderzenia i butelką z ginem skutecznie go powstrzymywały.
Wydawał się zadowolony. Takim chciał go widzieć. Takim chciał go mieć.
Bardzo szybko zachłysnął się pierwszą dawką euforii i adrenaliny, bo już po chwili cień padający na bladą, w nienaturalnym świetle wręcz porcelanową, twarz blondyna wydał mu się przerażający. Poczuł, że traci panowanie nad sytuacją, że jest w prawdziwym niebezpieczeństwie. Nie rozumiał dlaczego, przecież był w towarzystwie najbliższej sobie osoby, która przecież nie zrobiłaby mu poważnej krzywdy - tak sobie wmawiał, ostatkiem zdrowego rozsądku, który wydawał się konać.
Nie rozumiał, na co właściwie patrzy. Przerażenie ogarnęło go tak samo zaskakująco, jak ból po niespodziewanym ciosie. Sparaliżowany był w stanie jedynie patrzeć z wyczekiwaniem w oczy swojego oprawcy-przyjaciela i czekać. Rozszerzył powieki w przerażeniu, oczami wyobraźni dostrzegając ciężkie szkło rozbijające się o własne czoło. Był skonfundowany. Przecież właśnie tego chciał, ale czy do tego stopnia? Chciał ufać Desmondowi, ale gdy tylko paraliż go opuścił, uniósł ręce w obronnym geście, nie będąc w stanie panować nad naturalnymi odruchami.
Przyspieszony oddech, tłukące się w klatce piersiowej serce.
Dopiero chrzęszczące pod podeszwami szkło ogładziło jego zmysły na tyle, że był w stanie zrozumieć, że napastnik odpuścił, że nic się nie stanie.
Beżowy golf był ubrudzony krwią spływającą z nosa, podekscytowanie opadało, adrenalina była w odwrocie, a Oleander czuł jak jego ciało zaczynało się trząść. Nie mógł tego opanować, nie potrafił.
Bliżej niezidentyfikowany jęk, przypominający głośne westchnienie wydobył się spomiędzy jego warg.
Zabrał ręce sprzed twarzy i dopiero teraz przetarł strużkę krwi spod nosa i ust, brudząc jeszcze bardziej materiał odzieży. Na jasnej skórze pozostały rozmazane smugi czerwieni, ból w prawej części twarzy wciąż do niego nie docierał, był na to zbyt roztrzęsiony.
– Ch-chciałem żeby na chwilę ci ulżyło – wydusił z siebie. Nie brzmiał dobrze, słowa plątały się z ciężkimi oddechami, przez które klatka piersiowa unosiła się nieregularnie.
– Przepraszam, Des? Przepraszam, słyszysz mnie? – wydawał się bardziej spanikowany o stan przyjaciela, niż swój. Potrzebował skupić na czymś myśli, a na pewno nie chciał analizować swojego stanu, swojego przerażenia.
Z trudem podniósł się do pozycji całkiem siedzącej, tylko po to, aby spojrzeć na Malfoya. Wciąż chciał go dotknąć, ale strach przed ciężkością uderzenia i butelką z ginem skutecznie go powstrzymywały.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦