28.05.2023, 06:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2023, 07:09 przez Oleander Crouch.)
Dokończył butelkę wina czując jak wszystko wywraca mu się w żołądku od tempa w jakim je w siebie wlał. Odstawił puste szkło na stolik, ale mdłości nie przyszły. Jedyne co zaczynał powoli odczuwać to odłączenie się od rzeczywistości, odszczepienie od negatywnych uczuć. Potrzebował procentów, aby stłumić nadchodzący ból w twarzy; pulsujący, piekący coraz bardziej i intensywniej. Trunek nie był wystarczająco mocny, aby całkowicie zdławić objawy uderzenia, ale na pewno pomagał z roztrzęsieniem - te wciąż nie ustało w pełni, ale było znacznie mniejsze niż chwilę temu.
Nie spojrzał na Desmonda, gdy zadawał mu pytanie, ani gdy dostawał na nie odpowiedź. Chłonął sentencje upojonym alkoholem i mocą odczuwanych emocji umysłem. Bardzo trudno byłoby mu pojąć sens dłuższych zdań, więc poczuł niejaką ulgę słysząc, że przyjaciel jest, jak zwykle, oszczędny w słowach; sama treść rownież przyniosła przyjemną lekkość dla spiętej sylwetki. Siedział z pochyloną nad kolanami głową i opierał łokcie na kolanach, włosy zasłaniały mu twarz, więc jakiekolwiek odczytanie ekspresji było w tym momencie niemożliwe.
Nagła potrzeba rozdzwoniła się w jego umyśle - potrzebował zapalić. Bezceremonialnie wyciągnął papierośnice z marynarki, aby dobyć brązową cygaretkę. Złapał ją mocno zębami, prawie że przegryzając bibułkę i unosząc głowę do góry. Na jego twarzy na daremno można było doszukiwać się strachu, raczej pokłosie dyskomfortu płynącego z braku zaspokojenia i bliżej niezidentyfikowanego zrozumienia.
Odpalił papierosa różdżką, którą schował w marynarce wraz z papierośnicą.
Twarz go bolała. Nie mógł tego uniknąć, ale wraz z tym uczuciem przypominał sobie o szaleństwie, pędzie, przerażeniu, które, niestety, wzbudzało w nim podekscytowanie, jakiego nie wzbudziło dotychczas nic innego.
Rozumiał jak to jest chcieć kogoś zabić, skrzywdzić, poczuć ostatni wydawany przez ofiarę oddech.
Pozwolił mu w spokoju zwrócić zawartość żołądka do szklanki. Uniósł odrobinę brwi, ale poza tym, pozostał niewzruszony. Silne emocje, rozgoryczenie i alkohol właśnie w ten sposób działały na człowieka, zdawał sobie z tego sprawę. Dopiero odgłos wymiotowania obudził w nim mdłości, których nie gasiła nawet wypalana cygaretka. Nie potrzebował niczego zwracać, było mu tylko niedobrze. Złapał za stojącą najbliżej miskę i wysypał z niej zawartość kruchych ciasteczek na stół, podsunął ją Malfoyowi, jeżeli szklanka okazałaby się za mała.
– Niczego z nią nie wiązałem. Nie wiedziałem czego mam się spodziewać – odparł szczerze. Jego wypowiedź mogła wydawać się szorstka, ale faktyczne emocje starał się przekazać w spojrzeniu, przyjmując i doceniając nieme przeprosiny.
Nie był pewny czego pragnął Desmond, nie po tym, co przed chwilą przeżyli. Wcześniej wydawało mu się, że była to miłość Mayi Chang, ale teraz... Teraz po prostu nie był pewien czy obsesja do dziewczyny nie posunęłaby się za daleko. Czy nad nią też by się zawahał? Czy jej też pozwoliłby żyć? Poczuł wzrastającą na tę myśl zazdrość, więc zaciągnął się papierosem wypuszczając dym nozdrzami. Przygryzł wnętrze policzka, niezadowolony.
– Nawet w tym stanie się powstrzymałeś, czyli nie chcesz mnie faktycznie zabić. To mi wystarczy. – skłamał, chciał więcej. Nawet jeżeli miało boleć, nawet jeżeli miał otrzeć się o śmierć. Jeżeli to miało sprawić, że Desmond cokolwiek do niego poczuje, był na to gotowy.
– Twoja kolej - spokojem w głosie starał się opanować wciąż odrobine roztrzęsione ciało.
Nie spojrzał na Desmonda, gdy zadawał mu pytanie, ani gdy dostawał na nie odpowiedź. Chłonął sentencje upojonym alkoholem i mocą odczuwanych emocji umysłem. Bardzo trudno byłoby mu pojąć sens dłuższych zdań, więc poczuł niejaką ulgę słysząc, że przyjaciel jest, jak zwykle, oszczędny w słowach; sama treść rownież przyniosła przyjemną lekkość dla spiętej sylwetki. Siedział z pochyloną nad kolanami głową i opierał łokcie na kolanach, włosy zasłaniały mu twarz, więc jakiekolwiek odczytanie ekspresji było w tym momencie niemożliwe.
Nagła potrzeba rozdzwoniła się w jego umyśle - potrzebował zapalić. Bezceremonialnie wyciągnął papierośnice z marynarki, aby dobyć brązową cygaretkę. Złapał ją mocno zębami, prawie że przegryzając bibułkę i unosząc głowę do góry. Na jego twarzy na daremno można było doszukiwać się strachu, raczej pokłosie dyskomfortu płynącego z braku zaspokojenia i bliżej niezidentyfikowanego zrozumienia.
Odpalił papierosa różdżką, którą schował w marynarce wraz z papierośnicą.
Twarz go bolała. Nie mógł tego uniknąć, ale wraz z tym uczuciem przypominał sobie o szaleństwie, pędzie, przerażeniu, które, niestety, wzbudzało w nim podekscytowanie, jakiego nie wzbudziło dotychczas nic innego.
Rozumiał jak to jest chcieć kogoś zabić, skrzywdzić, poczuć ostatni wydawany przez ofiarę oddech.
Pozwolił mu w spokoju zwrócić zawartość żołądka do szklanki. Uniósł odrobinę brwi, ale poza tym, pozostał niewzruszony. Silne emocje, rozgoryczenie i alkohol właśnie w ten sposób działały na człowieka, zdawał sobie z tego sprawę. Dopiero odgłos wymiotowania obudził w nim mdłości, których nie gasiła nawet wypalana cygaretka. Nie potrzebował niczego zwracać, było mu tylko niedobrze. Złapał za stojącą najbliżej miskę i wysypał z niej zawartość kruchych ciasteczek na stół, podsunął ją Malfoyowi, jeżeli szklanka okazałaby się za mała.
– Niczego z nią nie wiązałem. Nie wiedziałem czego mam się spodziewać – odparł szczerze. Jego wypowiedź mogła wydawać się szorstka, ale faktyczne emocje starał się przekazać w spojrzeniu, przyjmując i doceniając nieme przeprosiny.
Nie był pewny czego pragnął Desmond, nie po tym, co przed chwilą przeżyli. Wcześniej wydawało mu się, że była to miłość Mayi Chang, ale teraz... Teraz po prostu nie był pewien czy obsesja do dziewczyny nie posunęłaby się za daleko. Czy nad nią też by się zawahał? Czy jej też pozwoliłby żyć? Poczuł wzrastającą na tę myśl zazdrość, więc zaciągnął się papierosem wypuszczając dym nozdrzami. Przygryzł wnętrze policzka, niezadowolony.
– Nawet w tym stanie się powstrzymałeś, czyli nie chcesz mnie faktycznie zabić. To mi wystarczy. – skłamał, chciał więcej. Nawet jeżeli miało boleć, nawet jeżeli miał otrzeć się o śmierć. Jeżeli to miało sprawić, że Desmond cokolwiek do niego poczuje, był na to gotowy.
– Twoja kolej - spokojem w głosie starał się opanować wciąż odrobine roztrzęsione ciało.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦