28.05.2023, 08:21 ✶
Wpatrywał się w opuszczoną głowę przyjaciela z narastającą frustracją. Nawet mu nie nakazał na siebie spojrzeć, więc nie powinien się gniewać, nie było w tym żadnego nieposłuszeństwa, ale męczyło go tak strasznie, że ukrywał przed nim informacje o tym, jakie uczucia wywołało w nim jego wyznanie.
Nie cierpiał też, kiedy ktokolwiek palił tytoń w należącej do niego przestrzeni. Ciężki zapach dymu psuł aromat dań, perfum, kwiatów i mebli, nie wspominając już o podrażnianiu płuc wszystkich przebywających w pobliżu. Nie był jednak w stanie zaprotestować; wziął od niego miskę, skinąwszy mu lekko głową w podziękowaniu.
Ze świstem zaciągnął powietrza; nie spodziewał się, że po wszystkim poczuje się tak dobrze. Otarłszy usta serwetką, włożył zużytą szklankę do nie-pustej miski, którą następnie wsunął pod ławę. Miał wrażenie, że... wyzdrowiał. Nie był pewny z jakiej choroby.
Spojrzał na Oleandra, z wyraźnym zaskoczeniem natrafiając na przyjazne emocje na jego twarzy.
- Doc-... - Przetrzeźwiał tylko trochę, dalej miał problem z przekładaniem swoich myśli na wspólny język. - Dziękuję.
Pozytywna atmosfera rozwiała się w ciągu minuty, może dwóch, kiedy przyjaciel wrócił do tematu zakazanych pragnień. Cóż, jego ulga nigdy nie mogła trwać długo.
Z początku fizycznie nie był w stanie się odezwać i w ciszy zmagał się ze swoimi niezrozumiałymi, dziwacznymi myślami. Prawie go to bolało, że Oleander tak lekko podszedł do kwestii tego, co wydarzyło się ledwo przed chwilą. To było takie złudne, to jego poczucie bezpieczeństwa, na którym ciągle się opierał. Wyraźnie nie rozumiał, jak to wszystko wyglądało z perspektywy Desmonda, i nie potrafił sobie wyobrazić, czym było tak wszechogarniające, tak nieustające pragnienie.
Nie zdawał sobie też sprawy z tego, że gratyfikacja wcale nie kończyła się wraz z momentem śmierci. On, poniekąd, był tylko początkiem; nawet gdyby Oleander przestał oddychać, to wciąż przecież pozostawałby z nim w jednym pokoju, na osobności, kompletnie spokojny, wiotki i uległy. Nie miał pewności, dlaczego ekscytowała go taka perspektywa. Obstawiał, że chodziło o coś związanego z patroszeniem. Przy Mayi uwielbiał o tym fantazjować, właściwie nigdy nie przestał tego robić.
- Muszę ci kiedyś pokazać obrazy - rzekł ostatecznie. - Te które przed tobą chowałem.
Zastanawiał się, czy zmieni zdanie, jak wytrzeźwieje.
Przez cały ten czas nie wypuścił z ręki prawie pustej butelki. Napił się z niej znowu - wciąż czuł w ustach smak wymiocin, alkohol przynajmniej go wymyje. Później odkaszlnął, bo gin wydawał się parzyć mu gardło znacznie mocniej, niż wcześniej.
Wbił zmęczony wzrok w ciemne oczy przyjaciela i zaczął:
- Co ukrywasz. Dlaczego kłamiesz. Wiem że nie czujesz się przy mnie komfortowo to przecież oczywiste. Czego ode mnie chcesz.
Zamierzał dobrze wykorzystać swoją kolej, więc zadał więcej, niż jedno pytanie. Nie chciał dać mu zbyt dużego pola do manewru.
Nie cierpiał też, kiedy ktokolwiek palił tytoń w należącej do niego przestrzeni. Ciężki zapach dymu psuł aromat dań, perfum, kwiatów i mebli, nie wspominając już o podrażnianiu płuc wszystkich przebywających w pobliżu. Nie był jednak w stanie zaprotestować; wziął od niego miskę, skinąwszy mu lekko głową w podziękowaniu.
Ze świstem zaciągnął powietrza; nie spodziewał się, że po wszystkim poczuje się tak dobrze. Otarłszy usta serwetką, włożył zużytą szklankę do nie-pustej miski, którą następnie wsunął pod ławę. Miał wrażenie, że... wyzdrowiał. Nie był pewny z jakiej choroby.
Spojrzał na Oleandra, z wyraźnym zaskoczeniem natrafiając na przyjazne emocje na jego twarzy.
- Doc-... - Przetrzeźwiał tylko trochę, dalej miał problem z przekładaniem swoich myśli na wspólny język. - Dziękuję.
Pozytywna atmosfera rozwiała się w ciągu minuty, może dwóch, kiedy przyjaciel wrócił do tematu zakazanych pragnień. Cóż, jego ulga nigdy nie mogła trwać długo.
Z początku fizycznie nie był w stanie się odezwać i w ciszy zmagał się ze swoimi niezrozumiałymi, dziwacznymi myślami. Prawie go to bolało, że Oleander tak lekko podszedł do kwestii tego, co wydarzyło się ledwo przed chwilą. To było takie złudne, to jego poczucie bezpieczeństwa, na którym ciągle się opierał. Wyraźnie nie rozumiał, jak to wszystko wyglądało z perspektywy Desmonda, i nie potrafił sobie wyobrazić, czym było tak wszechogarniające, tak nieustające pragnienie.
Nie zdawał sobie też sprawy z tego, że gratyfikacja wcale nie kończyła się wraz z momentem śmierci. On, poniekąd, był tylko początkiem; nawet gdyby Oleander przestał oddychać, to wciąż przecież pozostawałby z nim w jednym pokoju, na osobności, kompletnie spokojny, wiotki i uległy. Nie miał pewności, dlaczego ekscytowała go taka perspektywa. Obstawiał, że chodziło o coś związanego z patroszeniem. Przy Mayi uwielbiał o tym fantazjować, właściwie nigdy nie przestał tego robić.
- Muszę ci kiedyś pokazać obrazy - rzekł ostatecznie. - Te które przed tobą chowałem.
Zastanawiał się, czy zmieni zdanie, jak wytrzeźwieje.
Przez cały ten czas nie wypuścił z ręki prawie pustej butelki. Napił się z niej znowu - wciąż czuł w ustach smak wymiocin, alkohol przynajmniej go wymyje. Później odkaszlnął, bo gin wydawał się parzyć mu gardło znacznie mocniej, niż wcześniej.
Wbił zmęczony wzrok w ciemne oczy przyjaciela i zaczął:
- Co ukrywasz. Dlaczego kłamiesz. Wiem że nie czujesz się przy mnie komfortowo to przecież oczywiste. Czego ode mnie chcesz.
Zamierzał dobrze wykorzystać swoją kolej, więc zadał więcej, niż jedno pytanie. Nie chciał dać mu zbyt dużego pola do manewru.