29.05.2023, 01:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.05.2023, 01:06 przez Oleander Crouch.)
Niewiele kwestii przedłożyłby nad komfort Desmonda, ale papieros po uderzeniu i przeżyciu tak intensywnych emocji, w tak krótkim czasie po prostu mu się należał. Zaciągnął się cygaretką słysząc jak goździki zmieszane z tytoniem trzaskają przyjemnie, przypominając pykające drewno w domowym kominku. Do tego, co palił rownież był niesamowicie wymagający; kupował trudno dostępne, indyjskie papierosy o korzennym smaku za horendalne kwoty. Były tego warte. Ich dym, mimo że wciąż zabarwiony aromatem tytoniu, przypominał korzenną mieszanką przypraw stosowaną do słodkich potraw na Yule.
Wypuścił dym w przeciwną od rozmówcy stronę. Ten zmaterializował się na chwilę w pomieszczeniu, tworząc mętną zasłonę i uleciał, wpierw po prostu znikając z pola widzenia, a potem ulatując nieszczelnością angielskich okien.
Pragnienia Desmonda, mimo jego krótkiej i enigmatycznej odpowiedzi na ich temat, wciąż pozostawały dla Oleandra za mgielną zasłoną. Zdawał sobie sprawę, że coś za nią jest, ale jednocześnie była tak gęsta, że nie był w stanie wykonać kroku w przód z pewnością, że po drodze się nie zgubi i już nie wróci.
– Trzymam za słowo. Jak będziesz próbował się wykaraskać z tej obietnicy to się obrażę – przestrzegł, acz uniósł kącik ust, sygnalizując, że wypowiedź nie jest formułowana całkowicie serio. Zdawał sobie sprawę, że Malfoy miewa trudności z rozumieniem różnych śmieszności, więc starał mu się dawać dyskretne sygnały, przez które nie musiał czuć się zażenowany swoim brakiem pojmowania tego obszaru kontaktów towarzyskich.
Faktycznie zaintrygowały go obrazy. Wiedział, że przyjaciel wkłada dużo pracy w ich wykonanie, więc założył, ze stały się jego medium wyrazu, zupełnie jak dla niego samego pianino. Niektóre z napisanych utworów zagrał może raz, bo wydawały mu się tak przygnębiające, psychodeliczne i nieludzko drastyczne, że jego samego przyprawiały o gęsią skórkę. Ekscytowały go drastyczne podtony własnej duszy; takowe dostrzegał też u Desmonda, po dzisiejszym wieczorze w wyraźniejszych barwach. Jednocześnie poczuł ukłucie zazdrości - czy pokazywał je komuś innemu? Czy było więcej rzeczy, które przed nim ukrywał? Chęć znania każdego sekretu swojej najbliższej osoby zabijała go na codzień, ale w tym momencie wydawała się wyglądać na wierzch, jak spragniona promieni słonecznych trawa po długiej zimie.
Podniósł się powoli, sądząc, że nie będzie sprawiało mu to najmniejszych problemów, ale ciało wciąż było zdruzgotane po intensywnym przeżyciu; o wiele słabsze niż bystry umysł. Zachwiał się i oparł o stolik, przez co odrobina popiołu spadła na talerz. W tej samej sekundzie poczuł trzęsące się nogi, ale zacisnął zęby i zignorował niesubordynacje kończyn dzielnie kontynuując swoją krótką podróż. Z lekkimi mroczkami przed oczyma znalazł się przy oknie, otworzył je wpuszając do pomieszczenia chłód, wilgoć i lepki zapach nocy. Strzepnął resztkę popiołu za granicę pomieszczenia i oparł się o ścianę, czując jak jej chłód przeszedł mu po kręgosłupie.
Jeżeli chciałby pozostać tajemniczy z łatwością mogłby się wykręcić z odpowiedzi. Słowa Desmonda były bardzo niefortunnie dobrane, Crouchowi przyszło do głowy tysiąc i jeden wymówek, zaprzeczeń. Przecież go nie okłamywał, po prostu nie mówił mu całej prawdy. Przecież nie czuł się przy nim niekomfortowo, po prostu jego obecność sprawiała, że serce chciało wyrwać się z klatki piersiowej, a jego utrzymanie kosztowało sporo wysiłku. Przecież 'nic od niego nie chciał', to w ogóle nie o jego własne pragnienia się rozchodziło, a o zaspokojenie tych Malfoya.
– Czuję się przy tobie najlepiej, to mnie gubi. Przy nikim nie powinienem czuć się tak komfortowo. Chcę cię zadowolić, chcę cię dla siebie. Nikt inny nie jest warty twoich wysiłków, bo nikt inny ich nie docenia. Chcę żebyś spojrzał na siebie, tak jak ja cię widzę. – chcę żebyś się pokochał, tak jak ja cię kocham, ugrzęzło mu w gardle. W tym samym momencie znów zaciągnął się, już dogasającą cygaretką i wypuścił dym za okno. Ten złączył się w jedno z podrygami miejskiej nocy.
– Nie obchodzi mnie ból. Chcę żebyś mnie dotknął, nie odsuwał się, żebyś patrzył na mnie w ten sam, wyrazisty sposób jak chwilę temu, kiedy próbowałeś mnie zatłuc butelką ginu. – zrobiło mu się gorąco. W trzymającej papierosa dłoni poczuł pierwszą wilgoć potu, którą zgasił niewielki powiew wieczornego powietrza.
– Chciałeś prawdy. – podsumował, zawierając w tym krótkim stwierdzeniu również niedopowiedziane 'teraz musisz sobie z nią poradzić'.
Wypuścił dym w przeciwną od rozmówcy stronę. Ten zmaterializował się na chwilę w pomieszczeniu, tworząc mętną zasłonę i uleciał, wpierw po prostu znikając z pola widzenia, a potem ulatując nieszczelnością angielskich okien.
Pragnienia Desmonda, mimo jego krótkiej i enigmatycznej odpowiedzi na ich temat, wciąż pozostawały dla Oleandra za mgielną zasłoną. Zdawał sobie sprawę, że coś za nią jest, ale jednocześnie była tak gęsta, że nie był w stanie wykonać kroku w przód z pewnością, że po drodze się nie zgubi i już nie wróci.
– Trzymam za słowo. Jak będziesz próbował się wykaraskać z tej obietnicy to się obrażę – przestrzegł, acz uniósł kącik ust, sygnalizując, że wypowiedź nie jest formułowana całkowicie serio. Zdawał sobie sprawę, że Malfoy miewa trudności z rozumieniem różnych śmieszności, więc starał mu się dawać dyskretne sygnały, przez które nie musiał czuć się zażenowany swoim brakiem pojmowania tego obszaru kontaktów towarzyskich.
Faktycznie zaintrygowały go obrazy. Wiedział, że przyjaciel wkłada dużo pracy w ich wykonanie, więc założył, ze stały się jego medium wyrazu, zupełnie jak dla niego samego pianino. Niektóre z napisanych utworów zagrał może raz, bo wydawały mu się tak przygnębiające, psychodeliczne i nieludzko drastyczne, że jego samego przyprawiały o gęsią skórkę. Ekscytowały go drastyczne podtony własnej duszy; takowe dostrzegał też u Desmonda, po dzisiejszym wieczorze w wyraźniejszych barwach. Jednocześnie poczuł ukłucie zazdrości - czy pokazywał je komuś innemu? Czy było więcej rzeczy, które przed nim ukrywał? Chęć znania każdego sekretu swojej najbliższej osoby zabijała go na codzień, ale w tym momencie wydawała się wyglądać na wierzch, jak spragniona promieni słonecznych trawa po długiej zimie.
Podniósł się powoli, sądząc, że nie będzie sprawiało mu to najmniejszych problemów, ale ciało wciąż było zdruzgotane po intensywnym przeżyciu; o wiele słabsze niż bystry umysł. Zachwiał się i oparł o stolik, przez co odrobina popiołu spadła na talerz. W tej samej sekundzie poczuł trzęsące się nogi, ale zacisnął zęby i zignorował niesubordynacje kończyn dzielnie kontynuując swoją krótką podróż. Z lekkimi mroczkami przed oczyma znalazł się przy oknie, otworzył je wpuszając do pomieszczenia chłód, wilgoć i lepki zapach nocy. Strzepnął resztkę popiołu za granicę pomieszczenia i oparł się o ścianę, czując jak jej chłód przeszedł mu po kręgosłupie.
Jeżeli chciałby pozostać tajemniczy z łatwością mogłby się wykręcić z odpowiedzi. Słowa Desmonda były bardzo niefortunnie dobrane, Crouchowi przyszło do głowy tysiąc i jeden wymówek, zaprzeczeń. Przecież go nie okłamywał, po prostu nie mówił mu całej prawdy. Przecież nie czuł się przy nim niekomfortowo, po prostu jego obecność sprawiała, że serce chciało wyrwać się z klatki piersiowej, a jego utrzymanie kosztowało sporo wysiłku. Przecież 'nic od niego nie chciał', to w ogóle nie o jego własne pragnienia się rozchodziło, a o zaspokojenie tych Malfoya.
– Czuję się przy tobie najlepiej, to mnie gubi. Przy nikim nie powinienem czuć się tak komfortowo. Chcę cię zadowolić, chcę cię dla siebie. Nikt inny nie jest warty twoich wysiłków, bo nikt inny ich nie docenia. Chcę żebyś spojrzał na siebie, tak jak ja cię widzę. – chcę żebyś się pokochał, tak jak ja cię kocham, ugrzęzło mu w gardle. W tym samym momencie znów zaciągnął się, już dogasającą cygaretką i wypuścił dym za okno. Ten złączył się w jedno z podrygami miejskiej nocy.
– Nie obchodzi mnie ból. Chcę żebyś mnie dotknął, nie odsuwał się, żebyś patrzył na mnie w ten sam, wyrazisty sposób jak chwilę temu, kiedy próbowałeś mnie zatłuc butelką ginu. – zrobiło mu się gorąco. W trzymającej papierosa dłoni poczuł pierwszą wilgoć potu, którą zgasił niewielki powiew wieczornego powietrza.
– Chciałeś prawdy. – podsumował, zawierając w tym krótkim stwierdzeniu również niedopowiedziane 'teraz musisz sobie z nią poradzić'.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦