29.05.2023, 21:24 ✶
Cathal niezbyt przejmował się kuszą. Głównie dlatego, że trzymając dłoń w kieszeni, zaciskał palce na różdżce, a zaklęcie tarczy powinno być całkiem skuteczne wobec bełtów. Jeżeli coś go interesowało, to raczej to, dlaczego z takim sprzętem kręciła się w miejscu, gdzie zdecydowanie nie powinna się znaleźć. Polowanie nie przyszło mu przez głowę, bo w okolicy było raczej mało magicznych stworzeń – nie miał pojęcia, że w głębi lasu trafiły się akurat hipogryfy. Stał więc sobie całkiem zrelaksowany, przypatrując, jak Geraldine walczy z pułapką.
Może byłby trochę mniej beztroski, gdyby był świadom, że to całe „niepokojenie” w przypadku Yaxleyów wygląda trochę inaczej niż u innych ludzi. I że kobieta naprawdę czuje, że coś jest z nim nie tak. Choć pewnie i wtedy nie łamałby sobie nad tym zbyt mocno głowy. Gauntowie wymarli. Byli wspomnienie, a on i jemu podobni, stanowili zaledwie pojedyncze przypadki, które znikną w historii. Nie było już żadnej tajemnicy do strzeżenia, może poza jedną – Cathal niezbyt chciał, aby ktoś wiedział, że jego matka była bliską kuzynką Voldemorta.
- Wspomniałaś o „jego” matce – odparł konwersacyjnym tonem, jakby byli dwójką znajomych, którzy spotkali się gdzieś podczas spaceru. – Założyłem, być może niesłusznie, że nie jesteś „nim”, a raczej „nią” – wyjaśnił. A potem zmierzył ją spojrzeniem, uważnie, od stóp do głów, wręcz na pokaz: trudno było stwierdzić, czy apropos sprawdzania, czy Geraldine na pewno nie jest „nim”, czy chodziło o jej kolejne słowa i odpowiedź na nie…
– Żadnej w okolicy nie widzę. Wskaż mi proszę tę damę, natychmiast udzielę jej pomocy – powiedział bowiem bezczelnym tonem. Może zachowywałby się trochę uprzejmiej, gdyby spotkali się przy jakiejś oficjalnej okazji, ale Shafiq na co dzień miał raczej nieco zuchwały styl bycia. Nie miał zamiaru od tak puścić Geraldine, bo nie wiedział, kim jest i czy nie nasłała jej jakaś konkurencja… Ale też dlatego, że rzucenie się, by natychmiast udzielić pomocy, po prostu nie leżało w jego charakterze. – Co cię tu sprawdza? Nie zauważyłaś tabliczki „teren prywatny”, i potem tej z „zakaz wstępu”, i tej z informacją „niebezpieczeństwo!”? – spytał, przekrzywiając lekko głowę. Ta pierwsza (czy też raczej te pierwsze, ustawione w paru miejscach) były na użytek mugoli. Te drugie i trzecie już dla czarodziejów, gdyby jacyś zaplątali się w okolicy.
Może byłby trochę mniej beztroski, gdyby był świadom, że to całe „niepokojenie” w przypadku Yaxleyów wygląda trochę inaczej niż u innych ludzi. I że kobieta naprawdę czuje, że coś jest z nim nie tak. Choć pewnie i wtedy nie łamałby sobie nad tym zbyt mocno głowy. Gauntowie wymarli. Byli wspomnienie, a on i jemu podobni, stanowili zaledwie pojedyncze przypadki, które znikną w historii. Nie było już żadnej tajemnicy do strzeżenia, może poza jedną – Cathal niezbyt chciał, aby ktoś wiedział, że jego matka była bliską kuzynką Voldemorta.
- Wspomniałaś o „jego” matce – odparł konwersacyjnym tonem, jakby byli dwójką znajomych, którzy spotkali się gdzieś podczas spaceru. – Założyłem, być może niesłusznie, że nie jesteś „nim”, a raczej „nią” – wyjaśnił. A potem zmierzył ją spojrzeniem, uważnie, od stóp do głów, wręcz na pokaz: trudno było stwierdzić, czy apropos sprawdzania, czy Geraldine na pewno nie jest „nim”, czy chodziło o jej kolejne słowa i odpowiedź na nie…
– Żadnej w okolicy nie widzę. Wskaż mi proszę tę damę, natychmiast udzielę jej pomocy – powiedział bowiem bezczelnym tonem. Może zachowywałby się trochę uprzejmiej, gdyby spotkali się przy jakiejś oficjalnej okazji, ale Shafiq na co dzień miał raczej nieco zuchwały styl bycia. Nie miał zamiaru od tak puścić Geraldine, bo nie wiedział, kim jest i czy nie nasłała jej jakaś konkurencja… Ale też dlatego, że rzucenie się, by natychmiast udzielić pomocy, po prostu nie leżało w jego charakterze. – Co cię tu sprawdza? Nie zauważyłaś tabliczki „teren prywatny”, i potem tej z „zakaz wstępu”, i tej z informacją „niebezpieczeństwo!”? – spytał, przekrzywiając lekko głowę. Ta pierwsza (czy też raczej te pierwsze, ustawione w paru miejscach) były na użytek mugoli. Te drugie i trzecie już dla czarodziejów, gdyby jacyś zaplątali się w okolicy.