Martin powoli odnajdywał się po Beltane. Nie cierpiał swojego życia. Obleczone było rutyną, a gdy miało się wydarzyć coś innego, popadało to w kompletne skrajności. Cały czas szukał złotego środka, balansu, ale nawet nie wiedział, jak zacząć. Z pomocą przyszła matka, polecając mu rozpoczęcie nauki na instrumencie. I to był dobry pomysł. Martin potrafił docenić dobrą muzykę. Sam nigdy się za to nie zabrał, bo mu się nie chciało. Tym razem jednak szukał zajęcia.
Wybrał się do kawiarenki, w której podobno grywała panna Pettigrew. Miała dobrą renomę wśród znajomych pani Crouch, a więc Martin był gotów zaufać kompetencjom kobiety. Ubrał się w swoje standardowe czarne ubrania, chociaż tym razem starannie dopilnował, by materiał nie był wygnieciony. Zgolił nawet swój kilkudniowy zarost. Z bliznami nic nie zrobi, ale nie było tak źle.
Chciał zapalić przed wejściem do kawiarni, lecz powstrzymał się. Nie chciał brzydko pachnieć. Wszedł więc do środka. Udało mu się załapać na występ potencjalnej nauczycielki. Obserwował jej ruchy, wyłapywał ewentualne potknięcia, ale takowych nie było. Faktycznie była bardzo dobra, a przynajmniej wystarczająca, dla jego amatorskiego ucha. Obserwował, jak zajmowała miejsce, po czym ze swoim trunkiem podszedł do jej stolika.
— Dobry wieczór, Martin Crouch. Czy mogę się przysiąść, panno Pettigrew?
Jego zazwyczaj beznamiętny głos tym razem zabrzmiał niesamowicie przyjemnie, czym sam się zdziwił. Nie pamiętał, kiedy ostatnio chciał zrobić na kimś dobre wrażenie.