— Ahh, tak, oczywiście!
Z opóźnieniem załapał o co chodziło kobiecie. Ale jak najbardziej mogła liczyć na dyskrecję. W końcu obowiązywała go tajemnica lekarska. Czy coś. Chociaż w tym przypadku kierował nim zwykły strach o własne życie.
— Północy? Oh, nie ja jestem z... — urwał, gdyż wtedy wydarzyła się sytuacja z "nieuprzejmym" natrętem.
Ezechiel trochę zgłupiał, gdy kobieta wyszła. Migusiem dokończył czyszczenie błota. Podłoga lśniła jak nowa. Wtedy wyjrzał ostrożnie zza drzwi, ale nikogo nie widział. Nie mógł teraz wychodzić. Zachodził w głowę, gdzie ona poszła. Oczywiście domyślał się, chociaż wolał być w błędzie.
Nerwowość ustąpiła po kilku minutach. Podejrzewał, że kobieta już nie wróci. Ale wróciła. Czuł się niesamowicie połechtany jej słowami. Poszła za tym dziadem, bo go obraził? Go? Marnego lekarzynę? Ale cały wzruszający nastrój prysł, gdy czarownica przedstawiła swój prezent. Gdy do kompletu dołączył język, Ezechiel wykonał piruet do wiaderka i zwymiotował. Szybko wytarł się jakąś szmatką.
— Najmocniej przepraszam, za nic nie spodziewałam się takiego obrotu spraw — rzucił szybko nie patrząc na głowę, ani na czarownicę. Tak, widział różnego rodzaju operacje i otwarte ludzkie ciała. Ale wtedy się tego spodziewał i robił to dla celów naukowych. Samotna głowa przed chwilą żywej osoby to zupełnie inny kaliber.